Adam Danek: Ideologia i praktyka „zwalczania nienawiści”

Kategoria: Opinie

sobota, 10. listopada 2007

danek.jpgDo oklepanych sloganów, powtarzających się do znudzenia w naszej tak zwanej eufemistycznie „debacie publicznej”, należy alarmistyczne ostrzeganie przed nienawiścią. Co rusz jakiś „powszechnie znany i szanowany” autor – albo i autorytet – przestrzega naród przed wprowadzaniem nienawiści do życia publicznego, piętnuje jakąś osobę bądź grupę za szerzenie nienawiści, protestuje przeciw obecności nienawiści w języku polityki, nawołuje do zwalczania nienawiści etc. Najwyraźniej nasycenie rzeczywistości społeczno-politycznej nienawiścią przybiera nader niepokojące rozmiary, jeśli w celu jej zdemaskowania zdziera się tyle szacownych gardeł. Skoro tak, obok zawodowych bojowników z łamaniem praw człowieka, zawodowych bojowników z zanieczyszczaniem środowiska, zawodowych bojowników z ksenofobią, zawodowych bojowników z antysemityzmem, zawodowych bojowników z faszyzmem, zawodowych bojowników z rasizmem i nazizmem (pokonanym, wydawałoby się, dobre sześćdziesiąt lat temu i to orężnie) powinna chyba wkrótce powstać pokrewna kategoria zawodowych bojowników z nienawiścią. Kiedy powstanie, zapewne wystąpi o przyznanie jej statusu organizacji pożytku publicznego, o fundusze z odpowiednich agend Unii Europejskiej na sfinansowanie „zwalczania nienawiści” w Polsce oraz o dostęp do szkół, by polskie dzieci były jak najwcześniej uświadamiane o zagrożeniach niesionych przez nienawiść. I przypuszczalnie wszystko to uzyska. Aż dziw, że jeszcze nikt na to nie wpadł.
Powyższy akapit posiada dość kpiarską tonację, a przecież wcale nie ma się z czego śmiać. Nienawiść to nie żarty. Oskarżenie kogoś o nienawiść pełni w politycznych i publicystycznych sporach rolę skutecznej broni. Jeśli uda się je odpowiednio nagłośnić, niezależnie od jego podstaw – lub ich braku – ów ktoś będzie skończony. Skończony, czyli spalony w oczach wszystkich głosicieli popularnych opinii oraz ulegających im konformistów, a ci zawsze stanowią większość. Co ważne, w przypadku oskarżeń o nienawiść ciężar dowodu spoczywa na oskarżonym, nie na oskarżającym: to oskarżony musi udowodnić swoją niewinność, a nie oskarżyciel winę, dopóki zaś tego przekonująco nie uczyni, traktuje się go jak winnego. Absurd – i zarazem rzeczywistość, niestety. Na przykład osoba oskarżona o nienawiść do – by sięgnąć po najpopularniejsze – Żydów („antysemityzm”) czy homoseksualistów („homofobia”) – nie może poprzestać na stwierdzeniu, że Żydzi i homoseksualiści nic jej nie obchodzą; musi słowem i czynem pokazać publicznie, iż ich „szanuje” (o deprecjacji pojęcia szacunku napiszę innym razem), bo inaczej wyjdzie na to, że głosi nienawiść do nich, jeśli nie czynnie, to przynajmniej biernie (dowód: przyznaje otwarcie, że nie interesuje jej dola biednych Żydów/homoseksualistów). Działa tu stary, znajomy mechanizm qui s’excuse s’accuse (w Polsce znany w wersji: „Jesteś wielbłądem, a jak nie to udowodnij.”) – im bardziej zaatakowany się broni, tym bardziej działa na korzyść insynuacji atakującego. Rzucenie „Pan zionie nienawiścią!” nic bowiem nie kosztuje, ale jak merytorycznie odeprzeć taki zarzut? Oskarżony może tylko zaprotestować: „Wcale nie zionę nienawiścią!”, tymczasem większość ludzi, słysząc taką odpowiedź, złośliwie się uśmiechnie i skomentuje: „Jasne, jasne. Przyłapali go, to się wykręca. Winni zawsze się tłumaczą.” A jeśli oskarżony na bezpodstawny zarzut zareaguje złością – co ma źródło w naturalnych  odruchach – oskarżyciel natychmiast zakrzyknie triumfalnie: „Aha! A nie mówiłem? Ten człowiek to dyszący nienawiścią furiat!”. Pomówieni o nienawiść nie mogą przy tym bronić swego dobrego imienia na drodze sądowej. Pod paragraf o zniesławieniu podpada przypisanie komuś debilizmu, złodziejstwa, chamstwa i tysięcy innych negatywów, ale nienawiści? Każdy sąd wyśmiałby taki pozew. „Kłamcie, kłamcie, zawsze coś zostanie; plujcie, plujcie, zawsze coś przyschnie.” – syczy Wolter, apostoł tolerancji i patron postępowych intelektualistów.
Nienawiść to bardzo nieostry termin. Można podeń podciągnąć właściwie każde stanowczo negatywne ustosunkowanie się do czegoś lub kogoś – czyli wszystko, bo każdy zdecydowany pogląd neguje i odrzuca poglądy konkurencyjne bądź przeciwstawne. I tak np. sprzeciw wobec anschlussu Polski do Unii Europejskiej, niezależnie jak uzasadniany, przedstawiano jako nienawiść (tudzież izolacjonizm, nacjonalizm, szowinizm, tęsknoty autarkiczne, zaściankowość, mentalność Ciemnogrodu etc.). Twierdzenie, iż naród polski nie ponosi odpowiedzialności za mord w Jedwabnem też piętnowano jako nienawiść (dodając niekiedy: na tle narodowościowym – albo nawet rasowym). Podobnie nazywanie homoseksualizmu czy transwestytyzmu zboczeniem, nie wspominając o trwającej od lat kampanii na rzecz utożsamienia z nienawiścią lustracji i postulatów dekomunizacji. Uderza analogia z rządami komuny, kiedy to, powiedzmy, mówienie prawdy o Katyniu było zakazane jako sianie nienawiści do ukochanego sojusznika …

Te i inne przykłady dowodzą jednak, że mechanizmy „zwalczania nienawiści” uruchamia się wyłącznie przeciw szeroko pojętym poglądom prawicowym. (Zaznaczam: szeroko pojętym. Nie można przecież przypisać orientacji politycznej np. klasycznej zachodniej filozofii, która wedle współczesnych etykietek uchodzi za jeden wielki wrzask nienawiści, skoro opiera się na absolutnie pojmowanych: prawdzie, dobru i pięknie.). Nigdy natomiast przeciw lewicowym, choć nie byłoby wcale trudno znaleźć w nich pokłady autentycznej nienawiści. Dla nikogo nie jest przecież tajemnicą nienawiść wszelkiej maści lewaków do bogaczy, antyklerykałów – do duchowieństwa, wojujących ateistów – do osób religijnych, pederastycznych aktywistów – do wyznawców klasycznych zasad moralnych (zwanych przez nich „dewotami” bądź „heterykami”), ekologów – do przedsiębiorstw eksploatujących środowisko naturalne, „antyfaszystów” – do tych, kogo (zwykle błędnie) uważają za „faszystów” … Wyliczać można by jeszcze długo.

I należy to uznać za całkowicie normalne zjawisko. Nienawiść to równie ludzkie uczucie, jak miłość, bynajmniej nie patologiczne. Klasyczne koncepcje moralne nakazują żywić nienawiść lub pogardę do zła, np. katolicyzm – do grzechu i szatana. (Chociaż, czy ja wiem? W dzisiejszych posoborowych czasach z diabłem wypada pewnie prowadzić „wzajemnie ubogacający dialog”, o ile w ogóle trzeba wciąż wierzyć w jego istnienie. Diabli wiedzą, nomen omen.). Tymczasem kompetentni tropiciele nienawiści utrzymują, iż z zasady powinno się tępić każdą nienawiść. W rzeczywistości akceptują głoszenie nienawiści do określonych obiektów (np. instytucji kościelnych), a głoszenie jej do innych (np. instytucji demokratycznych) uznają za obiektywnie karygodne – gdyż takie mają widzimisię. Co dowodzi w pełni cynizmu i instrumentalności ideologii „zwalczania nienawiści”, należącej do podstawowych narzędzi poprawności politycznej.

Niestety, „zwalczanie nienawiści” jest groźniejsze od innych jej narzędzi, ponieważ postępowe środowiska i ugrupowania polityczne zdołały przeszczepić je do prawa, zwłaszcza karnego. Efekt można obserwować w państwach Europy Zachodniej w postaci niebywale restrykcyjnych ustaw „antyrasistowskich” i „antyhomofobicznych”. Polska, chwała Bogu, ciągle nie doszlusowała w tej kwestii do „europejskiego standardu”. Art. 13 „konstytucji wielkanocnej” z 1997 r. zakazuje jedynie szerzyć w życiu publicznym „nienawiść rasową i narodowościową”. Wyobraźmy więc sobie, iż redaktor poczytnego dziennika zamieszcza na pierwszej stronie wydania z piątego kwietnia krzykliwy, przykuwający wzrok nagłówek „Zbrodni katyńskiej winni byli Rosjanie”. Biorąc pod uwagę oczywiste reakcje, jakie u Polaków wywoła wspomnienie Katynia, czy sąd ukarze redaktora jako siewcę nienawiści do narodu rosyjskiego? Bo gdyby nagłówek brzmiał „Stanisław Wacławski i Jerzy Grotkowski zginęli z rąk Żydów”*, redaktor wylądowałby w pudle, zanim zdążyłby kiwnąć palcem. A przecież oba wyobrażone tytuły przywołują fakty historyczne, których nic nie zdoła odmienić! Chociaż … poprawka – demokratycznie można uchwalić wszystko, w tym również, że historia wyglądała inaczej, niż wyglądała naprawdę (jak ostatnio zrobiono to w czerwonej – znowu – Hiszpanii). Byle w ramach „demokratycznych procedur” i koniecznie w imię czegoś esencjonalnie demokratycznego, na przykład „zwalczania nienawiści”. „Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość; kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość.”
Ech, podłe to czasy, gdy jako nienawiść zwalcza się i knebluje po prostu – prawdę.
Adam Danek

* Chodzi o ofiary walk ulicznych między bojówkami narodowymi a żydowskimi w latach trzydziestych, które obóz narodowy wykreował post mortem na męczenników i patronów akcji antyżydowskiej.


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze