Adam Danek: Zgubny nałóg gry
Kategoria: Opinie
czwartek, 10. maja 2007
Odkąd zaczęła wypływać na powierzchnię agenturalna przeszłość znanych polityków i dziennikarzy, a także „powszechnie szanowanych autorytetów moralnych”, można było usłyszeć o całej gamie ciekawych motywów, (czyli innych niż nudne pieniądze i pozostałe przywileje), jakie podobno skłaniały pewne osoby do podjęcia współpracy z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, a teraz pozwalają im usprawiedliwiać ten krok jako akt osobistej odwagi.
W tej kwestii nic oczywiście nie przebije wyjaśnień dziennikarza, który oznajmił, że został agentem, żeby rozpracować tajne służby od środka, ale taka enuncjacja wprawiła w zażenowanie chyba nawet zawodowych pogromców lustracji z frontu „Wyborczej”. O wiele większą karierę medialną zrobiło inne, nieco mniej bezczelne wytłumaczenie. Niektórzy z dawnych agentów powtarzają mianowicie, iż podpisując zgodę na współpracę ze specsłużbami, „podejmowali grę” z bezpieką. „Prowadzili grę”, czyli w domyśle: rzucali wyzwanie silniejszemu przeciwnikowi, chcieli go ograć, pokonać, przechytrzyć – tacy byli sprytni i odważni.
Zgodnie z naukową teorią gier za grę uważać należy sytuację, w której co najmniej dwa podmioty dążą do realizacji swoich sprzecznych interesów, przy czym żaden z nich nie kontroluje samodzielnie wyniku oraz każdy zna działania rywala, lecz nie zna jego zamiarów; wygrywa ten, kto skłoni przeciwnika do nieświadomego postępowania po jego myśli tak, by ten drugi myślał, że postępuje zgodnie ze swym planem. Czy działalność TW pasuje do tej charakterystyki ? Po pierwsze, nie ma tu mowy o symetrii sił pomiędzy „graczami”. Oficer prowadzący miał służbowy obowiązek wiedzieć o agencie maksymalnie wiele. W osławionych teczkach musiał zgromadzić jak najwięcej materiałów od niego, ale i o nim. Podczas rozmów operacyjnych wypytywał go o wszystko, samemu nie odpowiadając na żadne pytania (chyba że stanowiło to element operacji). Nawet jeśli agent mówił mu tylko to, co chciał wyjawić, zatajając resztę, albo kłamał, mógł bez trudu weryfikować jego doniesienia w oparciu o dane z alternatywnych źródeł informacji – dostarczane przez pozostałych agentów bądź inne komórki resortu. Sam oficer nigdy nie ujawniał agentowi swej prawdziwej wiedzy, zamiarów czy domysłów. Inaczej szybko trafiłby do więzienia za złamanie tajemnicy służbowej i z jeszcze kilku innych paragrafów. Po drugie, oficer mógł wydawać TW rozkazy, a w razie oporu przymusić go (np. szantażem) do ich wykonania. A czy agent mógł rozkazywać oficerowi ? Jak widać, sytuacja tajnych współpracowników nie przystaje do schematu gry. Idealnie natomiast wpasowuje się w opis zjawiska zwanego manipulacją. Między innymi tego, jak manipulować ludźmi, uczy się funkcjonariuszy służb specjalnych. Do stwierdzenia powyższych faktów nie trzeba żadnej fachowej wiedzy o PRL czy tajnych służbach, wystarcza logiczne rozumowanie.
Przyjmijmy jednak szczerość intencji osób tłumaczących się „prowadzeniem gry”. Przyjmijmy, że podejmując zobowiązanie do współpracy nie godzili się zostać bezwolnym cudzym narzędziem, lecz naprawdę zamierzali „prowadzić grę” z bezpieką. Na czym miała polegać owa „gra” ? Przychodzi mi do głowy tylko jedno: na dążeniu do sytuacji, w którym będą mogli korzystać z przywilejów (pieniędzy i innych prezentów, pomocy w awansach czy wyjazdach za granicę, zdobyciu mieszkania itd.) wynikających z bycia agentem, a zarazem unikną konieczności wypełniania wynikających z tego nieprzyjemnych obowiązków (donoszenie, rozpuszczanie na rozkaz plotek, skłócanie ludzi itp.). Jeżeli wierzyć byłym TW, że świadomie „prowadzili grę” ze specsłużbami, to rzucają oni na siebie oskarżenie nie mniej ciężkie, niż zwolennicy lustracji. Przyznają, iż kierował nimi nie strach czy osaczenie, lecz czysta interesowność. Tę świadomość powinni mieć zwłaszcza ich medialni obrońcy, którzy dowody ich słabości i małoduszności ostentacyjnie przerabiają na świadectwa odwagi i inteligencji, a ludzką sprzedajność cynicznie usiłują przedstawiać jako nonkonformizm.
Adam Danek

