Adam Maksymowicz: Po co są media? (1)
Kategoria: Opinie
sobota, 21. czerwca 2008
Zwykle odpowiada się naiwnie i standardowo, że są one po to aby informować społeczeństwo o tym, co dzieje się w kraju i za granicą. Z drugiej strony same media starają się taką opinie podtrzymać. Opinię „misji” informacyjnej, opinię „bezstronności”, opinię „fachowości” upowszechniają o sobie największe gazety i wszystkie programy radia i telewizji. Tymczasem, jak zauważa wielu ludzi bliżej znających rynek medialny, nic z tych rzeczy. Każda gazeta ma swojego właściciela, tak samo jak i wszystkie inne portale, telewizje itp. Właściciel trzyma kasę, redaktorów i on im wyznacza, co i jak mają pisać, mówić i pokazywać. Oczywiście nie chodzi tu o szczegóły, tylko o ogólną linię danego medium. Ktoś odpowie, że cóż w tym dziwnego, wszak jest wolny rynek i na całym świecie jest podobnie. Tak, to prawda, tyle tylko, że nie cała. Otóż na ogół tego rodzaju media w szanujących się krajach mają charakter „brukowy”, „bulwarowy”, czy też „sensacyjny” i „kryminalny”. Z drugiej strony można powiedzieć, jest wolność, jest zapotrzebowanie, jest interes. Być może, że w wielu krajach przede wszystkim na Zachodzie odpowiada to prawdzie, u nas wydaje się jednak, że jest jakby jednak trochę inaczej.
Arystokracja
Środowiska, które zamierzały realnie wpływać na politykę, gospodarkę i kulturę swego państwa, a także mieć wpływy zagraniczne podjęły trud powołania zarówno dzienników, jak i tygodników, a także innych mediów, które miały wyrażać ich opinie, stanowiska, analizy i prognozy. Chcąc mieć realny wpływ na szeroko pojęte struktury władzy, mecenasi, inicjatorzy i przyszli czytelnicy wspólnie postanowili, że media którymi będą zarządzać, mają mieć wysoki standard informacyjny, kulturalny i polityczny. Pozostawiając na uboczu dwa pierwsze zadania warto przyjrzeć się realizacji celów politycznych najbardziej wpływowych mediów. Otóż, niezależnie od tego, jaka jest rzeczywista opcja polityczna ich właścicieli i redaktorów starają się one nie pokazywać ostentacyjnie swoich przekonań i poglądów. Nauczeni setkami lat doświadczeń wiedzą, że ludzie są ułomni i każda polityka, z którą będą się otwarcie utożsamiać prędzej czy później zbankrutuje. Prasowa, medialna i zawodowa arystokracja nie zamierza wraz z politykami iść na dno. Stąd powściągliwość w chwaleniu i atakowaniu decyzji, osób i świata polityki. Ten styl pozwala im zawsze z honorem wycofać się na „bezstronne” pozycje w chwilach kryzysu, zagrożenia i podobnie gwałtownych zmian politycznych. Tego rodzaju media głoszą, że ich rolą jest informowanie społeczeństwa o wydarzeniach w kraju i na świecie, dopuszczają one na równych prawach na swoje łamy zarówno każdą opcję rządową, jak i opozycję. W ten sposób mają trwałą klientelę czytelniczą zarówno zwolenników rządu, jaki ich przeciwników. Profesjonalizm pogłębionych analiz, sprawozdań i reportaży gwarantuje im powodzenie niezależnie od tego, kto jest u władzy. Znane media brytyjskie, amerykańskie, francuskie, włoskie i niemieckie są tego najdobitniejszym przykładem.
Brukowce
Nie wszystkich jednak interesują analizy polityczne, pogłębione i niezależne studia z zakresu polityki światowej, krajowej i lokalnej. Dla tych gremiów zorganizowano media prymitywne, proste, aby nie powiedzieć wręcz „łopatologiczne”. Tu musi być powiedziane jasno, kto jest kto, bez żadnych niuansów, wykrętów i zastrzeżeń. Media te są jednostronnie napastliwe, stronnicze i politycznie zaangażowane przez popieranie konkretnych partii, ich przywódców, niezależnie od wydarzeń, które zawsze interpretują na ich korzyść. Tu wystarczą krótkie notatki, mówiące o co chodzi bez zbędnych rozważań. Media te nie przejmują się wcale koniecznością raz chwalenia polityków i za to samo ich ganienia w zależności od interesu swego właściciela i mocodawcy. Ich zasadą jest bezczelność, wulgarność, nazywanie białego czarnym i odwrotnie w zależności od potrzeby i sytuacji. Jak bliżej im się przyjrzeć to okazuje się, że dalekimi powiązaniami są one w jakiś sposób zależne od mediów „arystokratycznych”, które je kontrolują w celu wpływania na „demokratyczną” świadomość wyborców. O tym, że tak jest można się tyko domyślać, szczególnie w okresie wyborczym, kiedy media „brukowe” w swoisty dla siebie sposób (brutalny i bezceremonialny) popierają kandydatów wysuniętych przez „bezstronne” środowiska „arystokratyczne”. Oczywiście wszyscy głoszą, że media są wolne, samorządne i samowystarczalne i utrzymują się z nakładów, reklam i sprzedaży. Niestety nie jest to pełna prawda. Bo nakład nie jest na ogół powiązany ze sprzedażą. Tylko z ceną, która nie ma żadnego związku z kosztami. Dochodzi nawet do tego, że lepiej jest rozdawać nakład za darmo niż trudzić się sprzedażą!! Koszta są więc, gdzie indziej. Przede wszystkim w zaprzyjaźnionej reklamie, która pokrywa wszystkie wydatki i jeszcze przynosi zysk. Drogą reklamę mogą jednak fundować bogate instytucje, firmy, koncerny i przemysłowe lobby, które jednocześnie tworzą, wspierają i organizują media „arystokratyczne” i tak jedne i drugie żyją w symbiozie nawzajem świadcząc sobie niezbędne usługi w demokratycznym państwie.
Pomiędzy arystokracją i brukiem
Pomiędzy tymi skrajnymi biegunami znajduje się cała masa mediów pośrednich. Wszystkie one odpowiadają jednak na konkretne zamówienie społeczne. Wiadomo, że „arystokracja” jest stworzona dla politycznej, intelektualnej i każdej innej elity danego państwa. „Brukowce” zaś dostarczają strawy duchowej najniższym i z reguły najliczniejszym masom tegoż zróżnicowanego społeczeństwa. Media pośrednie z reguły odpowiadają skali rozwoju tzw. warstwy średniej i zwykle do niej też kierują swoje tytuły, stacje, rozgłośnie itp. Przyglądając się polskim mediom, trzeba je w najlepszym wypadku sklasyfikować właśnie w tej grupie. W najlepszym wypadku tu klasyfikują się najlepsze polskie dzienniki, tygodniki, TVP i pozostałe stacje radiowe i telewizyjne, które moim zdaniem obejmują około 10 % polskiego rynku medialnego. Pozostałe 90 % trzeba zaliczyć do kategorii „bruku”.
Czwarta władza
Wobec braku własnych elit arystokratyczną lukę wypełnia w Polsce prasa zagraniczna. Jeżeli ona uzna coś za skandaliczne, godne potępienia itp., wszystkie „brukowce” powtarzają to bez zastanowienia, rozdzierając szaty, płacząc nad „winowajcami” i to niezależnie od tego jak jest naprawdę. Po prostu brak własnej elity medialnej jest zastępowany jej zachodnim wydaniem, jako, że przyroda, a także polityka nie znoszą próżni. Jak wiadomo, ten kto ma informacje, ma władzę. I dziś nie musi być to wcale informacja prawdziwa, może być tylko medialna. Otóż wystarczy, że jakimś mediom nie podoba się czyjaś osoba. Nie ma nic prostszego jak raz na zawsze uciszyć niepokornego malkontenta. Ogłasza się coś, co zauważył już Mark Twain. Brał on udział w wyborach na prezydenta USA. Największa gazeta, powszechnie czytana, napisała, że słynie on ze skąpstwa, tak skrajnego, że doprowadził on do zagłodzenia swojej babci. Wiadomość ta podana została dużymi literami na pierwszej stronie gazety. Rozgłos, jaki nadano tej informacji objął całe Stany Zjednoczone. Twain napisał sprostowanie, w którym wyjaśnił, że nie mógł zagłodzić swojej babci, bo ona zmarła jeszcze przed jego urodzeniem. Owszem, gazeta przyjęła sprostowanie, wydrukowała je i przeprosiła za pomyłkę. Tyle tylko, że sprostowanie wydrukowano na ostatniej stronie tzw. petitem, czyli najmniejszą czcionką. W ten sposób nikt jej nie przeczytał. W wyborach dostał tylko swój jeden głos. Nawet najbliższa jego rodzina uwierzyła w to, co napisała kłamliwa gazeta. Schemat ten powtarzany jest do znudzenia w sprawach dotyczących natychmiastowego usunięcia ze stanowiska niewygodnych ludzi. Oczywiście, że chodzi tu o ludzi będących przeciwnikami mocodawców gazety. Wtedy nie przebiera się w słowach, środkach, fabrykowanych, zmyślanych i wygodnych „dowodach”. Poszkodowany może sobie skarżyć do sądu kogo chce. Zanim sąd rozpatrzy sprawę na jego stanowisku jest już ktoś inny. I choćby ten ktoś popełniał rzeczywiście te przestępstwa jakie zarzucano jego przeciwnikowi, to media już milczą zajęte całkiem innymi sprawami. W ten sposób jednych pogrążają one w niebycie, a innych wynoszą na szczyty władzy. Pytanie, czy czynią to w sposób sprawiedliwy jest retoryczne? W danej chwili, kiedy toczy się bitwa, media występują w obronie pokrzywdzonych, w obronie sprawiedliwości, w interesie publicznym i w ogóle w tylko najszczytniejszych interesach społecznych i państwowych. Już po załatwieniu sprawy, bardzo często okazuje się, że kierowały się one dokładnie przeciwnymi założeniami niż te które głosiły. Jest już jednak po czasie. Wyrok został wydany i wykonany, a nawet zwycięska nad nim apelacja nikogo już nie interesuje. Jest jasne, że im bardziej „brukowe” medium, tym bardziej jest pryncypialne, zawzięte, mściwe i bezwzględne. Czy można ten schemat przełamać? Czy tak musi być już na zawsze?
Adam Maksymowicz

