Adam Wielomski: Lustratorzy i agenci
Kategoria: Opinie
piątek, 9. lutego 2007
W związku z tym, że w ostatnich czasach broniłem abpa Stanisława Wielgusa, wielu ludzi zarzucało mi wrogość do lustracji, rozliczenia się z PRL, „michnikowszczyznę”, a nawet porównano mój system moralny do… Józefa Stalina. W związku z tak dziwnymi insynuacjami, czuję się w obowiązku wypowiedzieć na temat lustracji.
Pytanie podstawowe: czemu służy lustracja? Nasi „zawodowi” lustratorzy twierdzą, że wyrównaniu historycznych rachunków, sprawiedliwości, „oczyszczeniu życia publicznego”. Nie zgadzam się z taką odpowiedzią, gdyż sugeruje ona, że lustracja jest celem samym w sobie. Jeśli spojrzymy sobie na nią z punktu widzenia kontrrewolucyjnego, to musimy spytać: czy wymiana ludzi skompromitowanych układami z SB na ludzi nieskompromitowanych w czymkolwiek zbliża nas do rewolucji konserwatywnej? Zbliżałaby gdybyśmy agentów zastąpili kontrrewolucjonistami i dzięki zabiegowi lustracyjnemu przejęli państwo. Tak się jednak nie stanie, gdyż w wyniku lustracji zastąpimy agentów SB różnej maści socjalistami niepodległościowymi, narodowymi, chadekami, socjaldemokratami i podobnym politycznym badziewiem. Ludzie ci obsadzą nietknięte struktury socjalistycznego państwa. Z punktu widzenia kontrrewolucyjnego nie ma znaczenia, czy zbędne urzędy obsadzają agenci SB czy socjaliści-patrioci. Ich jarzmo jest równie nie do zniesienia.
Istotą prawdziwej dekomunizacji nie jest wymiana obsady urzędniczej z agentów SB na „naszych” socjalistów, lecz na skasowaniu tysięcy dziwnych aktów prawnych i foteli urzędniczych przeznaczonych do realizacji tychże norm. Prawdziwa ustawa dekomunizacyjna nie zaczyna się od stwierdzenia „Zakazuje się byłym aparatczykom (…)”, lecz od słów „Skreśla się następujące ustawy (…)”. Dopiero tę resztkę urzędów – jakieś zostać muszą, aby państwo realizowało właściwe mu zadania – należy zlustrować i zdekomunizować, zastępując fachowymi kadrami. Oto istota kontrrewolucji w administracji.
Nie jestem przeciwny lustracji. Nie traktuję jej jednak jako cel sam w sobie, lecz jako środek do czegoś. Jest to jedno z dostępnych nam narzędzi do walki politycznej. Jest w naszym kraju środowisko, które stworzyło III RP przy Okrągłym Stole w porozumieniu z gen. Kiszczakiem, potem grzmiało „Odpieprzecie się od Generała!”, a następnie przez kilkanaście lat „europeizowało” nas w przyśpieszonym tempie, tresując w walce z „ksenofobią”, „antysemityzmem” i „nietolerancją”. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że ta „lewica laicka” wyszła z PZPR i nawet po 1968 roku kontakty tam zachowała. Paniczny strach przed lustracją tej ekipy wskazuje, że musi mieć słaby punkt: „teczki”. Skoro to środowisko polityczno-medialno-religijne jest największym wrogiem tradycyjnej wizji świata, a więc kontrrewolucji, to „uderzenie teczkami” winno je zdruzgotać. Dlatego zawsze byłem i jestem nadal za lustracją sceny politycznej, dziennikarzy i wszystkich tych środowisk, które popierając „europeizację” mają nieczyste konto w IPN.
Uważam, że lustracja nie jest celem, ale narzędziem walki politycznej. Jeśli lustrujemy na ślepo, zaczynając od popierającej nas armii w przededniu wielkiej Bitwy o Polskę (afera Wielgusa), to trudno to uznać za politycznie rozsądne. Roztropność uczy, że jak ma się wielkie działo z wielkim pociskiem w środku, to zanim pociągnie się za spust, trzeba wybrać kierunek lotu pocisku. Na moją pomoc w rozpoczynaniu bitwy poprzez strzelanie do własnych szeregów proszę nie liczyć. Na to będzie czas, jeśli wygramy.
za: Prawica NET

