Anita Gargas: Spokojne życie esbeka
Kategoria: Opinie
piątek, 14. lipca 2006
Uwaga opinii publicznej skupia się na konfidentach bezpieki. Tymczasem większość ich mocodawców, funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, żyło w III RP bezstresowo. Często na państwowych posadach.
Czy po odejściu ze służby miałem kłopoty w związku z dawną działalnością? Nie, ani prawnych, ani administracyjnych. 12 lat temu próbował się mną zająć prokurator Witkowski. Ale co on mógł. Działał jak dziecko we mgle. A innych dolegliwości nie miałem – mówi „Ozonowi” Ludwik Gładych, były funkcjonariusz SB, członek Samodzielnej Grupy „D”. Ta specjalna komórka utworzona w Departamencie IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (walka z klerem) zajmowała się dezintegrowaniem i dezinformowaniem środowisk opozycyjnych i kościelnych.
Na początku lat 90. Grupę „D” wzięła pod lupę sejmowa komisja Rokity. Z jej raportu wiemy, że członkowie Grupy organizowali napady na niepokornych duchownych i opozycjonistów, pobicia, podpalenia, otrucia. Inspirowali akcje mające skompromitować ich w środowisku. Przygotowali m.in. operację sfałszowania pamiętnika pewnej opozycjonistki – spreparowane fragmenty dotyczące rzekomego romansu bp. Karola Wojtyły miały „przypadkowo” ujrzeć światło dzienne. Członkowie Grupy – w tym jeden z jej szefów Grzegorz Piotrowski – mają na koncie również zabójstwa.
Prokurator Andrzej Witkowski z Lublina (obecnie w Instytucie Pamięci Narodowej) od kilkunastu lat tropi funkcjonujący w dawnym MSW związek przestępczy, kierowany przez najwyższych funkcjonariuszy PRL. Jego częścią miała być właśnie Grupa „D”. Jednak śledztwa IPN w tej sprawie do dziś nie zakończono.
Ludwik Gładych (w komórce „D” od roku 1977 do 1984) w raporcie komisji Rokity figuruje jako współtwórca rzekomo katolickiego pisma „Nowa Droga”, którego zadaniem było sianie zamętu wśród duchownych. Ale chociaż Gładych uważa, że rola Grupy „D” jest wyolbrzymiana, w roku 1989 nie czekał na weryfikację, tylko przeszedł na rentę. Nie narzeka na swą sytuację materialną. Założył firmę ochroniarską.
Poza paroma esbekami z Krakowa, których nazwiska stały się znane dzięki filmowi „Zastraszyć księdza” (np. Kazimierz Aleksanderek), funkcjonariusze prowadzący przestępcze działania przeciwko księżom i opozycji uniknęli napiętnowania. Romuald Będziak z Warszawy, jeden z naczelników Grupy „D”, do którego się dodzwoniliśmy, najpierw twierdził, że nigdy nie był funkcjonariuszem SB. Na pytanie, czy ma sobie coś do zarzucenia, ucina rozmowę: – Tak. To, że w ten sposób z panią rozmawiam.
tekst z Tygodnika OZON
1 komentarz
- Jolanta piątek, 14. lipca 2006
Ten facet jest moim sąsiadem. Tak jak jego wypowiedzi dla "Ozon" są tupeciarskie, tak i jego zachowanie. Próbuje sobie podporzadkować całą wieś, stosujac oczywiście jemu znane chwyty. Są ludzie, którzy w pierwszym mome ncie kupują sie na ciepłe słowa tego dwulicowca, lecz postrzegam, że czas ich uczy rozumu. Od poczatku nie darzyłam jegomością sympatią i to nie z powodu wiedzy o jego przeszłości lecz z powodu jego osobistej kultury. Chcąć zaiponować, wydawał przyjęcia zakrapiane. Były głośne i wulgarne. Ale to nie wszystko. Uznał, że skoro on taki pan to może robić co mu się podoba. I co robił? Sikał z balkonu. Jestem sasiadką vis a vis. Proszę mi uwierzyć to było obrzydliwe!!! - zwiędły starzec, szpanujacy na Adonisa.

