Anna Jabłońska: Epidemia spóźnionych ciąż
Kategoria: Opinie
niedziela, 11. marca 2007
Coraz rzadziej młodzi ludzie decydują się dziś na założenie rodziny. Miejsce typowego małżeństwa zastępują konkubinaty, czyli tzw. związki „na kocią łapę”. Kobiety odkładając decyzję o małżeństwie i macierzyństwie, rodzą coraz mniej dzieci.
Zegara biologicznego bowiem nie da się oszukać wraz z wiekiem płodność kobiet wyraźnie się zmniejsza. Kolejne pokolenia Polaków będą najpewniej pokoleniami jedynaków, albowiem Polska dołączyła już do krajów, dotkniętych tzw. „epidemią spóźnionych ciąż”.
Od 1989 r. poziom dzietności w Polsce nie gwarantuje prostej zastępowalności pokoleń. Należymy do grupy krajów europejskich o bardzo niskim współczynniku dzietności, czyli liczbie dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym. Wynosi on zaledwie 1,23 i wciąż spada. Zdaniem ekspertów, w długiej perspektywie dzietność nie zwiększy się do poziomu, który mógłby zapewnić stabilny rozwój państwa. Ów proces wzmacniany jest dodatkowo przez emigrację młodych ludzi za granicę. Jeśli negatywne trendy demograficzne nie ulegną odwróceniu i sprawdzi się czarny scenariusz, w roku 2052 liczba Polaków spadnie do 27 milionów! Oto esencja kryzysu rodzinnego i demograficznego w Polsce XXI wieku.
Kontynent w kryzysie
Kryzysem zarażona jest zresztą cała Europa. Stary Kontynent wymiera, a Polska wraz z nim. W obecnych społeczeństwach rodzenie i wychowanie dzieci postrzegane jest raczej jako obciążenie, ograniczenie wolności jednostki i przeszkoda w samorealizacji. Materializm i konsumpcjonizm - oto grzechy Zachodu. Ich owocem jest kryzys rodziny.
Jego przyczyn szukać należy w tzw. „rewolucji seksualnej” rozpoczętej pod koniec lat 60. Cechowała ją przede wszystkim emancypacja kobiet, połączona z liberalną postawą wobec przedmałżeńskiej aktywności seksualnej, kohabitacji, homoseksualizmu i aborcji. Wrogiem rewolucjonistów, głoszących bunt przeciwko tradycyjnym wartościom, stało się chrześcijaństwo, jako główna przeszkody w realizacji ich celów.
Dziś eksperci podkreślają, że odchodzenie Zachodu od chrześcijańskich wartości, takich jak odpowiedzialność, poświęcenie czy altruizm, połączone z sekularyzacją społeczeństw, rozumianą jako „spadek przynależności do zorganizowanej religii”, jest jednym z najważniejszych, najsilniejszych i najdłużej działających czynników w procesie spadku liczby urodzeń.
Antykobiecy feminizm
Głosząc hasła agresywnego feminizmu, rewolucja seksualna sprawiła także, iż tradycyjny, patrialchalny model rodziny, oparty o pozostającą w domu matkę i aktywnego zawodowo ojca, wyparty został przez politykę „równości płci” na rzecz aktywności zawodowej obojga rodziców. Proces ten był zjawiskiem częściowo wymuszonym, albowiem państwo, przewidując niedobór pracowników w przyszłości, zdecydowało się na aktywizację zawodową kobiet.
Dziś, kobiety które decydują się na posiadanie dzieci, zazwyczaj wycofują się z rynku pracy w pierwszym okresie życia dziecka, powracając do niej dopiero po jego wejściu w wiek przedszkolny. Tak długa przerwa utrudnia powrót na etat, a pojawiające się przy tym często problemy ze znalezieniem nowego zatrudnienia są jedną z przyczyn, które mogą skutecznie zniechęcić do podjęcia decyzji o urodzeniu kolejnego dziecka.
Koszt rodziny
Ekonomia pozostaje jednym z najważniejszych determinantów wpływających na decyzję rodziny o liczbie posiadanego potomstwa. Szacuje się, że koszt wychowania dziecka do 20 roku życia w Polsce wynosi minimalnie 150-200 tys. złotych. Według ekspertów OECD wychowanie trojga dzieci to wydatek sięgający 30-40 proc. dochodów rodziny. Państwo powinno wpływać zatem na wysokość obciążeń finansowych rodzin z dziećmi. Polska jest jedynym, obok Korei Południowej, krajem OECD, który w prowadzonej polityce podatkowej takich rodzin nie faworyzuje.
Na przykład na Węgrzech czy w Luksemburgu średnio zarabiająca rodzina z dwojgiem dzieci płaci o 15 proc. niższe podatki niż rodzina bezdzietna.
Powstanie „państwa opiekuńczego” sprawiło, iż posiadanie potomstwa przestało być postrzegane jako inwestycja na przyszłość, np. zabezpieczenie własnej starości (zastąpiły ją świadczenia emerytalne) a zaczęło być traktowane jako środek do osiągnięcia satysfakcji osobistej. Dzieci okazują się być inwestycją nie tylko kosztowną, ale nie przynoszącą rodzicom zwrotu, dlatego system, w którym w większym stopniu obciąża się ciężarami podatkowymi rodziny mające dzieci na utrzymaniu niż rodziny bezdzietne, sprzyja decyzjom o ograniczaniu liczby posiadanego potomstwa. Taką logikę państwa, sprowadzającą się do hasła „im więcej dzieci, tym wyższe podatki”, wprost nazwać można antyrodzinną.
Sprawa polityczna
Ostatnich osiemnaście lat pokazały, że kwestia polityki prorodzinnej pozostawała jedynie frazesem, którym kolejne ekipy rządzące wycierały sobie usta. Zamiast wprowadzać instrumenty wspierające rodzinę, skracano urlopy macierzyńskie, odbierano kolejne ulgi, podwyższano podatki…
W momencie gdy rządy w Polsce objęła koalicja partii prawicowych, ponownie pojawiła się nadzieja na stworzenie systemu kompleksowej polityki rodzinnej. Dotychczasowe działania Sejmu w tym względzie pozostają jednak nieco chaotyczne i pełne sprzeczności, co dobrze widoczne było przy uchwalaniu „becikowego”. Jakkolwiek zaproponowane przez Ligę Polskich Rodzin rozwiązanie, przyznające zapomogę w wysokości 1000 zł każdej mamie nowonarodzonego dziecka, jest niewątpliwie pomocą krótkoterminową, to próba wprowadzenia przez Prawo i Sprawiedliwość do tej ustawy kryterium dochodowego, ewidentnie wskazuje na całkowite niezrozumienie idei działań prorodzinnych przez najsilniejszego koalicjanta.
Utożsamianie polityki socjalnej z polityką prorodzinną jest błędem wręcz kardynalnym. O ile bowiem polityka socjalna ukierunkowana jest na złagodzenie bądź likwidację niepożądanych zjawisk, takich jak bezrobocie, ubóstwo czy choroba, o tyle celem polityki prorodzinnej jest ochrona źródła jej interwencji, czyli rodziny.
Ta zaś prócz skrajnych przypadków, nie potrzebuje zapomogi czy opiekuńczości, lecz łagodzenia obciążeń ekonomicznych, które tym bardziej ją dotykają, im więcej potomstwa wychowuje. Sedno polityki rodzinnej to zasada, że kierowana jest do wszystkich rodzin bez wyjątku a ilość posiadanych dzieci jest dla niej jedynym kryterium.
Idzie na lepsze?
Obecny rząd stara się czynić pewne wysiłki w tej kwestii. Pod kierunkiem wiceminister pracy i polityki społecznej Joanny Kluzik–Rostkowskiej powstały już założenia polityki prorodzinnej, jako podstawa do opracowania kompleksowego programu. Ze względu na obszerność zagadnienia, do pracy nad nim włączone zostały inne ministerstwa, tj. edukacji, zdrowia, finansów, rozwoju regionalnego, rolnictwa, budownictwa oraz spraw wewnętrznych i administracji.
Jednym z priorytetów projektu jest poprawa sytuacji kobiet na rynku pracy. W tym celu przewiduje się m.in. wprowadzenie rozwiązań, które pomogą kobietom pogodzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi (wymaga tego m.in. realizacja tzw. Strategii Lizbońskiej), zlikwidują mobbing ze strony pracodawcy związany z macierzyństwem oraz zachęcą pracodawców do zatrudniania kobiet w wieku rozrodczym (np. przez ulgi podatkowe). Jest to podobny kierunek, jaki w polityce prorodzinnnej stosuje m.in. Szwecja.
Innym pomysłem jest podjęcie pewnych działań w ramach polityki mieszkaniowej. To ważne, albowiem obecnie w samodzielnym mieszkaniu żyje zaledwie jedna trzecia młodych rodzin, dwie trzecie zaś skazanych jest na współ zamieszkiwanie, co nie sprzyja planowaniu większej ilości potomstwa. Niepokoi jednak koncentracja raczej wokół sektora socjalnego i tworzeniu lokali dla najuboższych, niż na rozwiązaniach podatkowych korzystnych dla rynku mieszkaniowego.
Projekt zakłada również rozwój i modyfikację systemu dodatków i świadczeń rodzinnych. Warto jednak rozważyć w tym miejscu podnoszone po wielokroć głosy, iż zasiłki na dzieci nie mają znaczącego wpływu na wzrost liczby urodzeń. Alternatywą dla tego systemu są choćby ulgi fiskalne, dzięki którym każde kolejne dziecko stanowi dla rodziców pewien „parasol podatkowy”. System taki doskonale sprawdza się w Stanach Zjednoczonych a prowadzone tam badania jednoznacznie wskazują, iż pozytywny efekt tego działania nie może zostać zastąpiony przez pieniądze pochodzące od państwa.
Innym ważkim pomysłem, o którym projekt wiceminister Kluzik–Rostkowskiej zaledwie wspomina, jest – podnoszone wielokrotnie przez Ligę Polskich Rodzin - wprowadzenie tzw. ilorazu rodzinnego, czyli takiego rozliczania rodziny ze skarbem państwa, które uwzględnia ilość dzieci w rodzinie. O skuteczności takiego rozwiązania przekonali się już Francuzi. Krótko mówiąc, prorodzinne obniżanie podatków działa!
Państwo i obowiązki
Generalizując, aczkolwiek wachlarz działań państwa w polityce prorodzinnej powinien być szeroki, priorytetem pozostaje jednak ochrona rodziny przed fiskusem. Jak niesprawiedliwy społecznie jest funkcjonujący obecnie w Polsce mechanizm podatku progresywnego, wiedzą najlepiej rodziny wielodzietne. Dwie pensje na utrzymanie dużej rodziny to często zbyt mało. Często jedno z rodziców bierze więc drugi etat i choć powiększa dochód rodziny, to wchodząc w wyższy próg podatkowy płaci jeszcze większy podatek! Oto jeszcze jeden dowód na to, że w obecnym systemie najbardziej poszkodowanymi są przedsiębiorcze rodziny wielodzietne, czyli te, które dla gospodarki są najbardziej korzystne. Państwo nie musi takim rodzinom pomagać. Zadaniem państwa jest za to ich ochrona. Przed nim samym.
Anna Jabłońska
Artykuł ukazał się w Racji Polskiej

