Bogdan Pliszka: Olimpiady nie będzie?

Kategoria: Opinie

poniedziałek, 31. marca 2008

Ostatnie dni przyniosły falę zainteresowania sytuacją w Chinach. Konkretnie zaś w Tybecie. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, telewidz, który jeszcze parę dni temu nie miał zielonego pojęcia o istnieniu obszaru zwanego Tybetem, nagle znalazł się niemal w centrum wydarzeń rozgrywających się na „Dachu Świata”. To co się dzieje w Tybecie, wbrew wielu opiniom wyznawców „realpolitik”, pokazuje, że komunizm jest złem!

W każdej postaci i pod każdą szerokością geograficzną. I nie ma tu znaczenia fakt, że chiński komunizm A.D. 2008, to już tylko „wyleniały tygrys”, któremu daleko do brutalności maoizmu z lat ’60 ubiegłego wieku. Komunizm konsumpcyjny, wciąż pozostaje komunizmem…Ideologią krwawą, brutalną i do cna skompromitowaną. Pytanie brzmi jednak inaczej: jak to się stało, że właśnie teraz Tybetańczycy przypomnieli sobie o chińskiej okupacji i jak to się stało, że tolerujący od lat chińskie ekscesy, świat, nagle zaczął zauważać problem praw człowieka w Państwie Środka?
Chińska Armia Ludowo – Wyzwoleńcza ( ChAL – W ) wkroczyła do Tybetu w 1950 roku, a więc bez mała, 60 lat temu. Stało się tak zaraz po tym, jak władzę w kraju przejęła w wyniku rewolucji Komunistyczna Partia Chin. Przedtem status Tybetu pozostawał niejasny. Niemcy pod rządami narodowych socjalistów nie tylko uznawały suwerenność Tybetu, ale prowadziły z nim całkiem ożywioną wymianę dyplomatyczną. Co więcej w 1937 roku podpisano pakt o przyjaźni między Tybetem, a III Rzeszą! Ówczesny dalajlama zaś, nie tylko chętnie gościł niemieckich dyplomatów, ale nawet przesłał osobiste błogosławieństwo dla Adolfa Hitlera.

Oczywiście innym graczem międzynarodowej polityki wywierającym wpływ na Tybet była Wielka Brytania. To ona właśnie zawarła z Tybetem pakt, w którym zobowiązywała się do pomocy temu ostatniemu w wypadku agresji chińskiej lub…sowieckiej. Problem w tym, ze pakt nie został podpisany między rządem tybetańskim, a rządem brytyjskim, ale między tym pierwszym, a wicekrólem Indii. Oznaczało to, że po ogłoszeniu niepodległości przez Indie, to one zobowiązują się do realizacji postanowień traktatu. Wkroczenie ChAL-W do Tybetu nie spotkało się jednak z żadną reakcją ze strony Indii, choć wydaje się, że w tym czasie armia indyjska mogła stawić zdecydowany opór wojskom komunistycznych Chin.

Wbrew temu , co by się mogło wydawać w 1950 roku Tybet posiadał siły zbrojne, które na dodatek stawiły, na tyle, na ile to było możliwe twardy opór ChAL-W. Losy wojny były jednak przesądzone już na samym jej początku i w maju 1951 roku delegacja „rządu” tybetańskiego została zmuszona do podpisania 17-punktowego porozumienia pokojowego, którego warunki nie były zresztą najgorsze. Chińska Republika Ludowa gwarantowała Tybetowi autonomię, poszanowanie lokalnego prawa, swobody polityczne, religijne i kulturalne. Kłopot w tym, ze niemal natychmiast po podpisaniu rząd w Pekinie złamał wszystkie(!) punkty traktatu pokojowego.

Dla Tybetu nastały ciężkie czasy… Podczas „rewolucji kulturalnej” komunistyczny terror osiągnął szczyt: wiele zabytków bezpowrotnie zniszczono pod hasłami walki ze starym porządkiem, manuskrypty pamiętające imperium Czyngis- chana spalono, klasztory burzono, a mnichów i mniszki po prostu mordowano. Kolejnym ciosem dla Tybetu, była chińska polityka demograficzna „jednego dziecka w rodzinie”. Dla tradycyjnej rodziny chińskiej była to duża niedogodność, dla rodziny tybetańskiej tragedia. Przyrost naturalny nigdy nie był w Tybecie imponujący…Wystarczy popatrzeć na mapę fizyczną, by zrozumieć dlaczego. Tybet to ogromny płaskowyż położony na wysokościach często przekraczających 5000 m.npm. Zimny i suchy. Szanse rozwoju rolnictwa - o ile w ogóle istnieją – są minimalne.

Ludność utrzymuje się głównie z pasterstwa i hodowli zwierząt. W przypadku dużego przyrostu naturalnego w państwie zapanowałby głód. Tybetańczycy rozwiązali problem na dwa sposoby: po pierwsze ~ 40% społeczeństwa niemal od zawsze stanowiły tam osoby duchowne ( mniszki i mnisi ) podobnie jak np. w katolicyźmie żyjące w celibacie; po drugie, Tybet jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie dość powszechnym zjawiskiem jest poliandria czyli…wielomęstwo! Fakt, iż to kobieta ma wielu mężów dość radykalnie rozwiązuje problem zbyt dużego przyrostu naturalnego. Gdy nałożyła się na to polityka demograficzna rządu chińskiego naród tybetański stanął już nie w obliczu kryzysu demograficznego, ale w obliczu biologicznej zagłady – etnocydu. Faktem jest, ze amerykańska CIA dość szybko zorientowała się, że Tybetańczycy mogą być cennym sojusznikiem w walce z komunistycznym reżimem chińskim. Od początku lat ’50, aż do 1973 roku oficerowie CIA werbowali i szkolili Tybetańczyków gotowych z bronią w ręku walczyć o wolność swego kraju.

Jednak wobec miażdżącej przewagi ChAL – W, oraz niejasnej postawy kolejnych dalajlamów, głoszących ahimsę, a więc zasadę nieużywania przemocy pod żadnym pozorem, walka ta z góry skazana była na porażkę. Ostateczny cios programowi zadała polityka Nixona – Kissingera – zbliżenia z Chinami, jako potencjalnym wrogiem Związku Sowieckiego. Jednocześnie władze chińskie prowadziły ( i prowadzą!) intensywną politykę osiedleńczą, zachęcając Chińczyków Han do zamieszkania w Tybecie. Ostatnim ciosem zadanym Tybetowi była oddana w ubiegłym roku do użytku kolej tybetańska, która nasiliła jeszcze chińską kolonizację regionu.

Słuchając amerykańskich polityków można odnieść tzw. ambiwalentne uczucia: trudno bowiem nie zgodzić się z faktami. A te są takie jak już napisano wyżej; wewnętrzna kolonizacja, niszczenie miejscowej religii i kultury, przymusowe aborcje, laogai ( chiński gułag ) to tybetańska codzienność. Codzienność od, bez mała, 60 lat! Dlaczego więc przez te lata Ameryka i reszta „wolnego świata” nie zrobiły nic, bądź prawie nic? Dlaczego jedynymi ludźmi opowiadającymi się za działaniami w obronie Tybetu byli różni „nawiedzeni”? Zresztą z obu stron politycznej barykady. I co takiego się stało, że nagle Tybet trafił na czołówki programów informacyjnych największych stacji telewizyjnych i na pierwsze strony prestiżowych tytułów prasowych?

Cóż, pewnie znajdą się tacy, którzy wytłumaczą sobie ten fakt dojrzałością zachodnich demokracji…albo przypadkiem…albo naciskiem „wolnych mediów” na działania polityków? Dlaczego w takim razie te same media nie naciskały na decydentów politycznych po masakrze na placu Tienan –men? Dlaczego te same media nie widzą tragedii Ujgurów, chińskich chrześcijan czy wreszcie dlaczego nie widziały tragedii Tybetu przez ostatnie 58 lat?

Chiny nigdy nie były i nadal nie są państwem jednolitym narodowościowo, choć Chińczycy Han stanowią przytłaczającą większość populacji. Nie zmienia to jednak faktu, że mniejszości narodowe zamieszkują trzy największe prowincje państwa: Mongolię Wewnętrzną, Sinkiang (w transkrypcji pinyin Xingjang) oraz oczywiście Tybet. Co więcej w każdej z tych prowincji istnieją – silniejsze lub słabsze – tendencje separatystyczne. Nie tylko w tych prowincjach, zresztą, ale o tym będzie jeszcze pora przypomnieć.
Mongolia Wewnętrzna jest najmniej ludną, za to największą prowincją ChRL. Zajmuje 12% powierzchni państwa, przy populacji ~24 milionów mieszkańców. Większość populacji stanowią Mongołowie, a więc naród niczym się nie różniący od swych „braci” żyjących za północną granicą w Republice Mongolii. Co ciekawe Mongolia Wewnętrzna ma w swej historii okres niepodległego bytu. W 1933 roku do Mongolii Wewnętrznej wkroczyły wojska japońskiej Armii Kwantuńskiej, stacjonującej w marionetkowym cesarstwie Mandżukuo. W 1936 roku i tutaj utworzono marionetkowe państwo Mengjiang pod japońskim protektoratem.

Jednak już w 1940 roku książe Demchugdongrub tworzy niezależną od Japończyków – choć za ich zgodą – federację, która w jego zamyśle ma być zalążkiem przyszłej Wielkiej Mongolii, obejmującej tereny od Oceanu Arktycznego po Tybet. Idea ta zwie się panmongolizmem i nie jest zupełnie nowa, wszak już po na początku XX wieku wysuwano takie pomysły w Japonii. Miało to osłabić Rosję oraz Chiny i przynieść wolność uciskanym ludom mongolskim, uważanym przez Japończyków za „kuzynów”. Ponownie po ideę panmongolizmu Japonia sięgnęła po przewrocie październikowym.

Utworzenie Wielkiej Mongolii miało wtedy osłabić nowopowstałe państwo bolszewików. Mongolia rzeczywiście powstała, tyle, ze nie „wielka” i nie utworzona przez Japończyków, ale przez …bolszewików właśnie. Można powiedzieć, że powstały nawet dwie Mongolie, bo jak inaczej traktować Republikę Tuwy? Co prawda całkowicie kontrolowaną przez Związek Sowiecki, ale do 1944 roku formalnie będącą niepodległym państwem, uznawanym jednak tylko przez Związek Sowiecki i, oczywiście, Mongolię. Nie byłoby więc niczym nowym sięgnięcie po ideę panmongolizmu, w przypadku próby czy to wypromowania niepodległej Mongolii Wewnętrznej, czy połączenia jej z „macierzą”. Co prawda „macierz” jest państwem zdecydowanie biedniejszym, z populacją osiem razy mniejszą(!), ale jeśli celem byłaby destabilizacja Chin, to nie wydaje się to znaczącą przeszkodą. Pewnym problemem jest tu fakt słabości mongolskiego separatyzmu i braku przywództwa w jego łonie. Duchowy przywódca mongolskiego buddyzmu, bogdo gegen, przestał pełnić swą rolę po ustanowieniu władzy komunistów w Mongolii, a po ich „obaleniu” instytucja ta nie odrodziła się.

W przeciwieństwie więc do Tybetańczyków, Mongołowie nie mają autorytetu, do którego mogliby się odwołać. Kolejnym regionem Chin gdzie – zdecydowanie wyraźniej – widać tendencje separatystyczne jest Turkiestan Wschodni, czyli prowincja Sinkiang. Turkiestan zamieszkały jest przede wszystkim przez Ujgurów, lud turecki w przytłaczającej większości wyznający islam. Co więcej mówiący językiem ujgurskim buddyści nazywani są – dla odróżnienia – Jugurami(sic!). Ujgurzy na przestrzeni wieków tworzyli nawet własne państwa i to niekoniecznie muzułmańskie, ale nowoczesny separatyzm ujgurski sięga lat ’20 ubiegłego wieku. Kulminacją ówczesnych wydarzeń było powstanie, które wybuchło w 1931 roku. Co ciekawe rebelia spotkała się z poparciem nie tylko, również muzułmańskich, Kirgizów czy Kazachów, ale nawet Chińczyków Han. W 1933 roku powstańcy zdobyli historyczną stolicę Turkiestanu – Kaszgar – i ogłosili powstanie niepodległego państwa.

Rząd chiński, przy wydatnej pomocy sowieckiej, stłumił rebelię. Gubernatorem prowincji został głównodowodzący chińskich wojsk ekspedycyjnych generał Szen Szikai, który niemal natychmiast zaczął prowadzić politykę nakierowaną na…separatyzm! Było to tym łatwiejsze, ze w sukurs przyszedł mu Związek Sowiecki, coraz silniej łącząc Turkiestan więzami gospodarczymi. Nowa administracja musiała zmagać się jednak z niepokojami w regionie. 16 września 1944 w regionie zamieszkanym przez Kazachów rebelianci rozbili stacjonujące tam wojska rządowe. W październiku już 3 dystrykty prowincji znalazły się pod władzą sił rebelianckich. Ogłoszono powstanie Islamskiego Rządu Turkiestanu Wschodniego. Dochodziło do aktów ludobójstwa na chińskiej ludności prowincji. Rebelianci kazachscy byli wspierani przez Związek Sowiecki.

We wrześniu 1945 rebelianci kontrolowali już całą Dżungarię, zaś pod władzą Kuomintangu pozostały jedynie południowe dystrykty prowincji zamieszkane przez Ujgurów. W lipcu 1946 ostatecznie zawarto porozumienie pomiędzy Kuomintangiem, a rebeliantami. Turkiestan Wschodni formalnie pozostał prowincją Chin, otrzymał jednak prawo do własnego rządu, waluty i armii. Rząd chiński musiał się także zgodzić na układ stowarzyszeniowy między Turkiestanem a Związkiem Sowieckim. Prezydentem republiki został przywódca Kazachów Osman Batur.

W październiku 1949 republikę zajęły oddziały komunistów chińskich i ogłosiły pokojowe wyzwolenie republiki, co oznaczało w istocie włączenie Turkiestanu do Chińskiej Republiki Ludowej. Związek Sowiecki wymusił na dotychczasowych władzach republiki zgodę na połączenie z Chinami. Prezydent Osman Batur prowadził jednak walki partyzanckie aż do 1954. Oczywiście jak zwykle w takich wypadkach i tym razem ChRL zdecydowała się na utworzenie „Regionu Autonomicznego Sinkiang – Ujgur”. Podobnie jednak jak w przypadku Tybetu czy Mongolii Wewnętrznej „autonomia” i tu nie ma żadnego przełożenia praktycznego. Co więcej nazwa Sinkiang została celowo wprowadzona, by nie przypominać wolnościowych zrywów Turkiestanu.

Samo słowo „sinkiang” w dialekcie mandaryńskim oznacza „nowe kresy”. W Sinkiangu również od lat trwa akcja osiedleńcza promująca Chińczyków Han, co więcej Ujgurzy rzadko bywają prominentnymi urzędnikami lokalnej administracji, a kiedy już ma to miejsce, to zawsze obok Ujgura rezyduje jego chiński „dubler”. Można zadać pytanie dlaczego, w końcu ludniejszy i bardziej rozwinięty gospodarczo Turkiestan, nie jest ulubieńcem światowych mediów i obrońców praw człowieka? Problem wydaje się polegać na tym, ze większość Ujgurów to muzułmanie, którzy – gdyby tylko uzyskali niepodległość – podążyliby raczej drogą Afganistanu, niż Turcji czy Azerbejdżanu.

Niepodległy Turkiestan stałby się zapewne kolejnym rozsadnikiem „rewolucji islamskiej”. Tym niebezpieczniejszym, że spora populacja Ujgurów zamieszkuje chociażby Kazachstan i w sprzyjających okolicznościach mogłaby zechcieć połączyć się z „macierzą”. Dla odmiany sam Turkiestan jest zamieszkiwany przez spore grupy Kazachów, Kirgizów czy Tadżyków, którzy po odpowiednim przeszkoleniu mogliby zająć się organizowaniem islamskich ruchów partyzanckich na terenach sąsiednich państw. Co równie istotne Ujgurzy nigdy nie głosili walki bez użycia przemocy. Wręcz przeciwnie, atakujące od czasu do czasu instytucje chińskie w Sinkiangu grupy zbrojne nader chętnie sięgają po przemoc. Co prawda istnieje porozumienie między Chinami, a Kazachstanem przewidujące wspólne zwalczanie ujgurskiej partyzantki, ale rzut oka na mapę pozwala zrozumieć, że w niedostępnych górach Tien – szan, mobilne, lekkozbrojne grupy bojowe mogą tygodniami ukrywać się przed oddziałami rządowymi. Zresztą zawsze w pobliżu jest Afganistan, w którym Talibowie, zapewne chętnie, przyjmą islamskich „braci”?

Ostatnim regionem Chin, który mógłby pokusić się o prawo do samostanowienia jest Mandżuria. Z Mandżurią jest, co prawda, pewien kłopot polegający na tym, że Mandżurowie już w XVIII wieku ulegli pełnej sinizacji i utracili świadomość odrębności narodowej. Z drugiej jednak strony to właśnie w Mandżurii w latach 1932 – 1945 funkcjonowało „niepodległe”, a de facto, okupowane przez Japonię, państwo Mandżukuo, z ostatnim cesarzem Chin, Pu I jako głową państwa. Kres jego istnieniu położyło, co prawda, wejście wojsk sowieckich w 1945 roku, ale nawet w ChRL, podczas walk frakcyjnych w KPCh pojawiały się pomysły odłączenia Mandżurii i stworzenia tam komunistycznego państwa, które w przyszłości mogłoby się stać kolejną sowiecką republiką! Ponieważ zaś potrzeba jest matką wynalazków, to zapewne gdyby dobrze poszukać mogłoby się okazać, że nie wszyscy Mandżurowie i nie do końca utracili świadomość odrębności narodowej!

Kolejnym pytaniem, jest pytanie o czas wydarzeń. Dlaczego właśnie teraz dochodzi do wystąpień Tybetańczyków? Co prawda w Tybecie rozruchy antychińskie nie są zjawiskiem, aż tak rzadkim i dochodzi do nich co parę lat, ale obecne charakteryzują rzeczywiście dużym zasięgiem i sporą liczbą uczestników. Wpływ na to, może mieć otwarcie się Chin na świat. Trudno wyobrazić sobie, by wśród milionów cudzoziemców odwiedzających rok, rocznie Państwo Środka, oprócz turystów, biznesmenów, himalaistów nie znaleźli się oficerowie służb specjalnych państw zachodnich, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Trudno też sobie wyobrazić, by w czasie takich podróży nie próbowali, przynajmniej, nawiązywać kontaktów z ludźmi nie zawsze zadowolonymi z porządków panujących w Chinach.

Co więcej same Chiny co roku wysyłają na studia w Europie i Ameryce tysiące swoich obywateli. I w tym wypadku trudno wyobrazić sobie, by służby wywiadowcze państw, w których przyszło im studiować nie podjęły próby werbunku i, by choć część, tych prób nie zakończyła się sukcesem. Wykorzystanie tak nawiązanej współpracy jest zapewne tylko kwestią czasu i kto wie, czy właśnie nie oglądamy jej efektów?
Olimpiada w Tokio została wykorzystana przez Japonię do pokazania światu potęgi gospodarczej. Co prawda już wcześniej było wiadomo, ze w Japonii produkuje się dużo i tanio, ale to właśnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio pozwoliły pokazać, że nie jest to tylko produkcja tandety i podróbek. Dzięki igrzyskom Japonia wypromowała sporo rdzennie japońskich marek towarów. W 1988 roku ten sam scenariusz powtórzył się przy okazji olimpiady w Seulu. Uchodzące za tanie i tandetne towary koreańskie utorowały sobie drogę do grona renomowanych marek na świecie. Zapewne świadomość tego faktu istnieje również w Chinach i, co istotne, istnieje też chęć powtórzenia japońskich i koreańskich sukcesów. Olimpiada zaś jest doskonałą okazją do wypromowanie chińskich marek towarowych…

Czym innym wszak jest produkcja na potrzeby światowych potentatów odzieżowych czy elektronicznych, a czym innym produkcja „narodowej” odzieży, elektroniki czy sprzętu fotograficznego. Ewentualny bojkot olimpiady pozbawiłby Chiny możliwości darmowej promocji, jaką niesie ze sobą przekaz telewizyjny. Oczywiście nie wszystkie państwa do takiego – ewentualnego – bojkotu przystąpią, tylko kogo będzie interesowała rywalizacja takich „potęg” sportowych jak Kamerun czy Boliwia, które zapewne do Pekinu, tak czy inaczej, pojadą?

Inną, rzeczywiście fantastyczną – na pierwszy rzut oka – ewentualnością jest gra Ameryki na…wojnę z Chinami! Oczywiście można zadać w tym miejscu pytanie o sens takiej wojny w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone nie mają pomysłu na zakończenie wojen w Iraku i w Afganistanie. Tu jednak wart zdać sobie sprawę z różnic pomiędzy „kolonialnym” wojnami: iracką i afgańską, a - ewentualną – wojną z Chinami. Po pierwsze obie obecne wojny prowadzone są przy użyciu sił i środków bardzo ograniczonych. Armia amerykańska stworzona została z myślą o działaniach wojennych na wielką skalę, zaś w obu w/w przypadkach przyszło jej w udziale toczyć „brudne” wojny przeciwpartyzanckie. Wojny, w których cała, nieomal kosmiczna, technologia dostępna „amerykańskim chłopcom” do niczego się nie przydaje. Armia chińska byłaby w tej sytuacji „godnym” przeciwnikiem dla lotniskowców, niewidzialnych bombowców czy rakiet samonaprowadzających.

Co więcej wreszcie zaistniałaby możliwość weryfikacji teoretycznych założeń strategów amerykańskich w praktyce. Po drugie wojna z Chinami pozwoliłaby w „elegancki” sposób pozbyć się ogromnego długu amerykańskiego. Jeden dzień obu dotychczas toczonych wojen to koszt rzędu 200 milionów $. Rząd amerykański nie ma tych pieniędzy, więc emituje obligacje, które w większości są kupowane przez…Chiny. A to oznacza, że któregoś dnia taniej będzie rozpocząć nową wojnę, niż wykupić sięgający już ponoć biliona dolarów, amerykański dług w Chinach. Po trzecie, Chiny –prędzej czy później – staną się światowym supermocarstwem i , zapewne wtedy, same zdecydują się rzucić wyzwanie Ameryce?

Zamiast czekać, aż to nastąpi, Ameryka może zdecydować się na konfrontację ze, wciąż słabszymi od siebie Chinami, już teraz. Co więcej, tempo rozwoju gospodarczego Chin jest zdecydowanie szybsze, niż to przewidywali eksperci jeszcze na początku XXI wieku i chwila gdy upomną się o prawa wielkomocarstwowe zbliża się z każdym tygodniem. Po czwarte, ewentualna, zwycięska wojna z Chinami spowoduje – przynajmniej na jakiś czas – wyciszenie wszelkich nastrojów antyamerykańskich, przynajmniej wśród elit polityczno – gospodarczych. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zadrze z państwem, które zdecydowało się na konfrontację z Chinami! Po piąte…cóż, często sama groźba wojny wystarcza, by do niej nie doszło i kto wie, czy to nie jest właśnie ten scenariusz? Oczywiście do takiej wojny, jak zresztą do każdej, Stany Zjednoczone muszą znaleźć pretekst. Ale czy Tybet nie jest pretekstem wręcz doskonałym?

Oto mały, miłujący pokój naród krwawo prześladowany przez totalitarny reżim…Oto „prorok” pokoju – Dalajlama, ignorowany i poniżany przez chińską dyktaturę…Co więcej, nawet wszelkie środowiska „prawoczłowiecze” jak Asia Watch, Human Rights Watch, Amnesty International, znalazłyby się w sytuacji, delikatnie pisząc, dwuznacznej. Bo czy to nie one ciągle przypominają o „tragedii Tybetu”, czy nie nawołują ciągle „wolnego świata”, by położył kres chińskiej okupacji Tybetu? Chcąc nie chcąc znalazłyby się po jednej stronie barykady ze znienawidzoną Ameryką i „wcieleniem diabła” - Bushem! Równie istotny wydaje się fakt, że mało kto miałby ochotę stanąć po stronie Chin. Rosja zapewne głośno wyrażałaby swe oburzenie, po cichu zaś kibicowała Amerykanom. Przecież już teraz w granicach „Matuszki Rossiji” mieszka 5 milionów Chińczyków.

Oficjalnie, bo nieoficjalnie nawet dwa razy tyle! I w przeciwieństwie do Rosjan mają oni dodatni przyrost naturalny. Indie zapewne wykorzystałyby fakt, że oto zwalnia się miejsce „producenta koszulek” i szybko je zajęły. Ba, nawet Unia Europejska werbalnie zapewne protestująca przeciwko narzucaniu Chinom „amerykańskiej demokracji”, po cichu życzyłaby USA sukcesu. Cóż za 5 – 7 lat szefowie Fiata, Renault czy Volkswagena będą mieć ból głowy związany z – wyśmiewaną dziś – produkcją motoryzacyjną z Chin, a –ewentualna – wojna mogłaby im tego bólu oszczędzić. To samo dotyczy zresztą choćby Airbusa czy Siemensa…I zapewne jedną z niewielu sił, która bezwzględnie i za darmo poparłaby Amerykanów byłby „rząd” Donalda Tuska? Oczywiście, jeśli tylko pozwoliliby na to „strategiczni partnerzy” z Berlina i Moskwy. Czy słusznie? Cóż…nie zapominajmy, że to dzięki Mao Tse – tungowi Polska w 1956 roku uniknęła losu Węgier! To Chiny zapaliły wtedy czerwone światło dla sowieckiej interwencji w Polsce…Może nie jest to jeszcze powód, by wystawić Mao pomnik na krakowskim Rynku, ale czasami warto o takich faktach pamiętać.

Parę numerów temu dwumiesięcznik Nexus zajmujący się światowymi spiskami, obcymi technologiami czy niezidentyfikowanymi obiektami latającymi, zamieścił rozmowę z „chcącym zachować anonimowość” oficerem(?) amerykańskich służb specjalnych. Z rozmowy wynikało, że w 2008 roku dojdzie do…wojny chińsko – amerykańskiej! Jeżeli przedstawiony tu, cokolwiek fantastyczny i zdecydowanie czarny, scenariusz wydarzeń okazałby się prawdziwy, to będzie oznaczało, że naprawdę miarodajnymi tytułami prasowymi są Nexus….Czwarty wymiar….Nieznany świat….UFO….. A Tybet? Cóż po wszystkim mało kto będzie pamiętał, że zaczęło się od Tybetu, a dla polityków prowadzących globalną grę sympatyczny starszy pan zwany, Dalajlamą może być równie dobrze inkarnacją Buddy jak i Koziołka Matołka. W końcu kto w 1945 roku pamiętał, że powodem II wojny światowej była Polska? A jak chcieliby Francuzi, nawet nie cała Polska, ale Gdańsk!

Bogdan Pliszka


Komentarzy: 2

  1. Marzena poniedziałek, 31. marca 2008

    Mogę udowodnić, że w Polsce jest większa komuna, niż w Chinach

  2. Carlit poniedziałek, 31. marca 2008

    Ależ proszę bardzo... łamy naszego Serwisu są otwarte...

Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze