Cezary Michalski: O publicystyce politycznej Ernsta Jüngera
Kategoria: Opinie
środa, 24. października 2007Ernst Jünger był z pewnością jedną z ciekawszych i zarazem bardziej kontrowersyjnych postaci w intelektualnej historii XX wieku. Ukształtowany przez okrutne doświadczenie I wojny światowej stał się piewcą politycznego radykalizmu. Był jednym z ojców założycieli ruchu konserwatywnej rewolucji, ostro krytykującego Republikę Weimarską.
Choć nigdy nie stał się aktywnym nazistą, należał do grona postaci, które (po części tylko nieświadomie) przygotowywały polityczny grunt dla Hitlera. Był zarazem wyrafinowanym estetą i jednym z największych mistrzów literackiej niemczyzny. O Jüngerze pisze dziś na naszych łamach Cezary Michalski. Okazją jest wydanie przez Arcana tomu publicystyki Jüngera z lat 1919 - 1936. Michalski zwraca uwagę na do głębi antyliberalną wymowę tych tekstów. Dla Jüngera liberalizm ceniący pokój i dążący do jego zapewnienia za wszelką cenę był wrogiem numer jeden. Przeciwieństwem liberalnej słabości i tchórzostwa miała być Jüngerowska koncepcja polityki jako “totalnej mobilizacji” narodowej wspólnoty w starciu z innymi podobnie zmobilizowanymi wspólnotami. Michalski ślady tego “militarnego” myślenia odnajduje u współczesnych przedstawicieli konserwatywnej prawicy i radykalnej lewicy. Dla obu tych skrajnych odłamów politycznego spektrum polityka jest fanatyczną walką na śmierć i życie. Walką, w której nie ma miejsca na prywatność czy autonomię jednostki.
Wydane po raz pierwszy w Polsce zebrane pisma polityczne Ernsta Jüngera (Ernst Jünger, “Publicystyka polityczna 1919 - 1936″) to wielka i udana praca filologiczna. Porywające w lekturze polskie przekłady tekstów świetnego pisarza i jednego z czołowych przedstawicieli niemieckiej rewolucji konserwatywnej uzupełnione zostały żmudną pracą bibliograficzną i interpretacyjną w wykonaniu profesora wrocławskiej germanistyki Wojciecha Kunickiego oraz grupy jego przyjaciół i uczniów. Co więcej, ta książka stanowi jedynie kolejny etap ich imponującej pracy nad przyswajaniem polskiej kulturze dorobku niemieckiej rewolucji konserwatywnej. Wcześniej otrzymaliśmy już m.in. antologię jej tekstów programowych (”Rewolucja konserwatywna w Niemczech 1918 - 1933., wyb. i oprac. Wojciech Kunicki), a także obszerne dzieło przedstawiające wpływ Ernsta Jüngera na polskich autorów (Wojciech Kunicki, Krzysztof Polechoński, “Polska recepcja Ernsta Jüngera 1930 - 1997″).
Prace filologów z Wrocławia pokazują polskiemu czytelnikowi jedną z bardziej interesujących i tragicznych przygód europejskiej myśli - niemiecką rewolucję konserwatywną. Z pozoru zniknęła ona bez śladu w apokaliptycznym starciu trzech ideologii bez porównania bardziej masowych: komunizmu, faszyzmu i demokracji. W istocie jednak pozostaje ważnym, nawet jeśli ukrytym, nurtem zachodniego myślenia, świadectwem innej nowoczesności wywiedzionej raczej z Nietzschego niż Marksa czy Milla.
Wspominam o tym szerszym projekcie Kunickiego i jego przyjaciół, bo sposób, w jaki wydali pisma polityczne Jüngera, sprawia, że mamy do czynienia z książką prezentującą wyraziste i aktualne stanowisko ideowe. Na prezentowany tom składają się bowiem nie tylko teksty, które Jünger publikował w epoce Republiki Weimarskiej i w pierwszych latach rządów Hitlera. Towarzyszą im eseje Kunickiego, Waldemara Żarskiego i Tomasza Gabisia. Ten ostatni, redaktor naczelny nieistniejącego już pisma “Stańczyk”, zawarł w swoim tekście nie tylko ciekawe uwagi biograficzne i interpretacyjne dotyczące Jüngera, ale zrekonstruował także Jüngerowskie stanowisko polityczne, przeciwstawiając je liberalnej demokracji, związanemu z nią modelowi społeczeństwa i wizji jednostki. Podobną funkcję pełnią poświęcone niemieckiej rewolucji konserwatywnej teksty Kunickiego, nie tylko te będące dodatkiem do jego prac przekładowych, ale także te publikowane w “Stańczyku” czy krakowskich “Arcanach”. Projekt prezentowania polskiemu czytelnikowi dorobku niemieckiej rewolucji konserwatywnej nie jest zatem wyłącznie projektem z obszaru germanistyki, historii literatury czy nawet historii idei. Grupa filologów i historyków idei z Wrocławia rzuciła wyzwanie nowoczesności liberalnej. Nie w imię jakiejś przednowoczesnej utopii, ale po prostu w imię innego projektu nowoczesności, który myśliciele i pisarze niemieckiej rewolucji konserwatywnej zdefiniowali chyba najbardziej precyzyjnie. Oddając zatem pełen szacunek imponującej pracy filologicznej Kunickiego i jego przyjaciół, chciałbym powiedzieć kilka słów właśnie o tym projekcie ideowym. I podjąć z nim polemikę.
Totalna mobilizacja i społeczeństwo cywilne
Rozpoczynając polemikę z projektem rewolucji konserwatywnej, można zacząć od opowieści o pewnym błędzie przekładowym, który, odsłaniając zupełnie trafną intuicję językową, pomoże nam zrozumieć konflikt między bliską Jüngerowi ideą totalnej mobilizacji a liberalną wizją jednostki, społeczeństwa i polityki. Otóż kluczowy dla współczesnego liberalizmu termin “społeczeństwo obywatelskie” czasami przekładano w Polsce - szczególnie w na wpół amatorskich drugoobiegowych wydaniach esejów i publicystyki politycznej - jako “społeczeństwo cywilne”, co było oczywiście kalką angielskiego “civil society”. Ten błąd translatorski wyjątkowo dobrze oddaje jednak konflikt, który chcemy tutaj przedstawić. Otóż społeczeństwo obywatelskie na gruncie liberalizmu coraz wyraźniej definiowało się jako społeczeństwo cywilne i społeczeństwo cywilów przeciwstawiające się rozumieniu polityki jako powszechnej mobilizacji nieprzestrzegającej podziału na to, co polityczne i prywatne, na to, co politycznie zmobilizowane i na to, co podczas naszych politycznych wojen o dominację powinniśmy pozostawić w spokoju. Obywatel w tradycji liberalnej był mniej zmobilizowany, mniej aktywny, mniej czujny wobec ideologicznych kontekstów. Pozostawał cywilem bardziej niż w pewnych odmianach tradycji republikańskiej, nacjonalistycznej czy lewicowej. Bronisław Łagowski w jednym ze szkiców z tomu “Liberalna kontrrewolucja” opisał fenomen skutecznej mobilizacji narodu podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Oto przy dźwiękach Marsylianki, w jej dynamicznym marszowym rytmie, naród stawał się armią bardziej zdeterminowaną, bardziej fanatyczną, a co najważniejsze - o wiele liczniejszą niż armie najemne okolicznych monarchów, co na ładne dwie dekady zapewniło zmobilizowanym politycznie i militarnie Francuzom władzę nad Europą i jej anachronicznymi cywilnymi społeczeństwami.
Później oczywiście zasada totalnej mobilizacji zaczęła się szerzyć niczym zaraza i u progu XX wieku europejskie narody były już myślowo i instytucjonalnie przygotowane do tego, co w istocie okazało się końcem Europy jako suwerena i lidera globalizacji. Masowe wojny i masowe rewolucje XX wieku zniszczyły nasz kontynent i ostatecznie uczyniły liderem globalizacji niezniszczoną przez bratobójcze wojny i rewolucje Amerykę. Wiek masowych ideologii i masowej mobilizacji okazał się katastrofą cywilizacyjną porównywalną do wojen peloponeskich, które zniszczyły i wydały świat helleński w ręce Macedończyków i Rzymian.
Ernst Jünger był ofiarą tej europejskiej katastrofy, bo do życia i pisania przebudził się w okopach I wojny światowej, wraz z całym pokoleniem Niemców, które później w większości odrzuciło cywilny projekt Republiki Weimarskiej i dało się zmobilizować powtórnie - najpierw przez polityczny nacjonalizm i komunizm, a później przez nazizm. Jünger został przez I wojnę światową ukształtowany w zupełnie inny sposób niż jego rówieśnik i towarzysz broni Erich Maria Remarque, który po wyjściu z tych samych okopów stał się bezkompromisowym obrońcą życia cywilnego i krytykiem wszystkich form mobilizacji politycznej, ideologicznej czy militarnej.
Wspominam o Remarque’u, bo zarówno dla Ernsta Jüngera, jak i dla towarzyszących mu Kunickiego czy Gabisia - pacyfiści, zwolennicy politycznej demobilizacji liberalnych społeczeństw i obrońcy społeczeństwa cywilnego są głównymi przeciwnikami. Dla Jüngera, politycznego nacjonalisty i rewolucyjnego konserwatysty, wrogiem politycznym w podstawowym sensie tego słowa nie jest komunizm czy bolszewizm. Jünger widzi w komunizmie naturalnego sojusznika w walce z cywilnym społeczeństwem mieszczańskim. Uważa bolszewizm za drugi obok nacjonalizmu filar wymarzonej przez niego politycznej rewolucji i mobilizacji. Natomiast fundamentalnym politycznym wrogiem jest dla niego liberalizm jako ideologia mieszczańskiego społeczeństwa cywilnego, społeczeństwa jednostek niezmobilizowanych politycznie, ideologicznie i militarnie.
Co ciekawe, rewolucyjny konserwatysta Jünger nie atakuje liberalizmu jako ideologii nazbyt nowoczesnej, niszczącej więzy tradycji i wspólnoty, lecz jako ideologię anachroniczną. Wizja Metropolis z filmu Fritza Langa, wizja robotniczych i żołnierskich mas z filmów Eisensteina, rozwój techniki, taśma produkcyjna w zakładach Forda, masowa produkcja i konsumpcja zastępujące poczciwe mieszczańskie rękodzieło - to wszystko składa się na pejzażowe i muzyczne tło (”takt epoki maszyn”), na którym Jünger rozwija własną doktrynę totalnej mobilizacji jako istoty nowoczesności rewolucyjnej, w porównaniu z którą nowoczesność liberalna, skupiona na wolności i szczęściu jednostki, jest już ponoć wizją anachroniczną i przezwyciężoną.
Jünger i kwestia żydowska
W tym miejscu warto się zastanowić nie tylko nad antyliberalizmem, ale także nad antysemityzmem Jüngera. Wojciech Kunicki we wstępie do książki broni Jüngera przed tym zarzutem, przypominając o żydowskich przyjaciołach pisarza (o jednym z nich, Valerium Marcu, autorze “Scharnhorsta”, Jünger napisze do brata, że jego dzieła są dowodem na to, iż “Żyd aktywnie uczy się języka XX stulecia”). Kunicki tłumaczy także, iż stosunek Jüngera do Żydów należy umieścić w kontekście “antyżydowskiego afektu romantyków niemieckich, którzy łączyli filistra z Żydem”.
Istotnie, antysemityzm Jüngera jest antysemityzmem politycznym i kulturowym, a nie etnicznym czy pseudonaturalistycznym a` la Adolf Hitler. Można powiedzieć, że o ile w “Mein Kampf” Hitler mówi z niechęcią o liberalizmie, by zaatakować Żydów, to Jünger mówi z niechęcią o Żydach, by zaatakować liberalizm. Tyle że antysemityzm polityczny i kulturowy w praktyce dzieli od antysemityzmu etnicznego naprawdę wątła granica - ów “zaledwie” polityczny i kulturowy “antyżydowski afekt” pozwala Jüngerowi sformułować w kluczowym tekście “Nacjonalizm i kwestia żydowska” kompromitujące (i to nie tylko, jak pisze Kunicki, “jeśli czytamy je z perspektywy Shoah”) zdanie: “Żyd w Niemczech ma do wyboru albo być Żydem, albo nie być w ogóle”. W tym samym tekście, kluczowym dla zrozumienia antysemityzmu Jüngera, możemy także przeczytać, że “Żyd nie jest ojcem, ale synem liberalizmu (…) Aby móc stać się groźnym, zarażającym, niszczącym, konieczny był przede wszystkim nowy stan, który umożliwił jego istnienie w nowej formie, a mianowicie w formie Żyda cywilizacyjnego. Ten stan został stworzony przez liberalizm na skutek deklaracji niepodległości intelektu, a nie zakończy go żadne inne wydarzenie, jak tylko kompletne bankructwo liberalizmu. (…) Żyd cywilizacyjny wczepia się w swojej masie w liberalizm, któremu zawdzięcza nie mniej niż wszystko. Najsubtelniejsza i najzręczniejsza działalność cywilizacyjnego Żyda zasadza się na nieustannym uzasadnianiu sądu, iż właściwie Żydów nie ma - w każdej żydowskiej teorii o istotnym znaczeniu wyśledzić będzie można to zdanie”.
Zatem fundamentalnym przeciwnikiem totalnie zmobilizowanego politycznie niemieckiego nacjonalisty istotnie nie jest Żyd zamknięty w getcie, Żyd pozwalający się łatwo wyodrębnić i oddzielić od niemieckiej wspólnoty narodowej, ale Żyd dążący do asymilacji, Żyd liberał, w istocie pełen hipokryzji cywil usiłujący uniknąć mobilizacji w szeregach własnego narodu przeciwstawionego innemu zmobilizowanemu narodowi. Jak wielu radykalnych prawicowców Jünger akceptuje syjonizm, własną żydowską wersję nowoczesnego nacjonalizmu, ale liberalna idea asymilacji wydaje mu się godna absolutnej pogardy. O Żydach dążących do asymilacji będzie pisał używając zbitek z Otto Weiningera (skądinąd Żyda, który uwewnętrznił kategorie niemieckiego antysemityzmu) jako o istotach nietwórczych, podszywających się, biernych, słabych, zdradzieckich, zakładających maski…
Jünger nie jest nazistą ani się nim nie stanie, jednak jego pisma potwierdzają w sposób bardzo wyrazisty i bynajmniej niebudzący sympatii dla autora “Promieniowań” tezę Gerschoma Scholema o gigantycznej katastrofie, jaką zakończył się najbardziej ambitny projekt asymilacyjny - próba stania się przez Żydów prawdziwymi i zwyczajnymi Niemcami. Idea politycznej mobilizacji narodu okazała się silniejsza od bardziej uniwersalnego liberalnego projektu. A jedynie na gruncie tego ostatniego asymilacja była w ogóle możliwa.
Wojna jako narkotyk
Europejska apokalipsa masowych wojen i rewolucji uzależniła od siebie Jüngera estetycznie i egzystencjalnie. Drobne przystanki na drodze do ostatecznej zagłady mieszczańskiej Europy, w rodzaju Republiki Weimarskiej czy nieudolnej Ligi Narodów, wydawały mu się odraczaniem tego, co nieuniknione i fascynujące - politycznego Armagedonu. Jünger traktuje z bezgraniczną pogardą “demoliberałów” pracujących - przyznajmy, z żałosną czasami nieskutecznością - nad odraczaniem zagłady kontynentu. Fascynacja wojną, która z najważniejszego “pokoleniowego” przeżycia stanie się dla Jüngera obsesją, uczyni z niego typowego reprezentanta tradycji alternatywnej i polemicznej wobec liberalnej, zachodniej nowoczesności. Tradycji, która nie zaczyna się bynajmniej ani nie kończy na niemieckiej rewolucji konserwatywnej.
Nie tylko bowiem liberalizm, ale w istocie cały nowoczesny Zachód ukonstytuował się na odrzuceniu owej fascynacji wojną. Nawet tak brutalny i realistyczny w swoim opisie natury ludzkiej myśliciel jak Hobbes uważał stan pokoju społecznego za naczelny cel polityki i polityczności. W permanentnej wojnie dostrzegał nie oznakę arystokratycznej doskonałości (jak Nietzsche czy Jünger), ale najbardziej podły stan natury, z którego człowiek usiłuje się wyzwolić za pomocą środków politycznych. Oczywiście Hobbes w sposób pozbawiony złudzeń przypomina, że chcąc zapewnić sobie i swoim poddanym pokój polityczny, suweren powinien być nieustająco przygotowany do wojny. Jednak wojna nie była w tej tradycji celem samym w sobie, przedmiotem chorobliwej fascynacji. Pozostawała wyłącznie jednym ze środków służących osiągnięciu pokoju, który z kolei nie jest oznaką dekadencji, lecz godnym szacunku celem polityki.
Dopiero po Nietzschem i jego specyficznej estetycznej teorii polityki wojna staje się celem samym w sobie, a pokój zostaje uznany przez najbardziej subtelnych teoretyków za stan dekadencji, który zabija człowieczeństwo. W ciągłym napięciu między nadczłowiekiem i zwierzęciem pokój ma uosabiać stan zwierzęcego zadowolenia i drzemki. Oczyszczona z “mieszczańskiej hipokryzji” przemoc, dominacja, konflikt stają się nieustającym przedmiotem fascynacji ze strony francuskich czy niemieckich dekadentów, do których (choćby po to, by zdenerwować Kunickiego i Gabisia) muszę zaliczyć także Ernsta Jüngera z jego manieryczną, powracającą w niemal każdym politycznym tekście pogardą dla “mieszczańskiego pacyfizmu Republiki Weimarskiej”.
Wbrew bowiem temu, co Jünger skanduje z monotonną powtarzalnością w swoich politycznych tekstach z lat 20., Weimar nie jest żałosny i słaby dlatego, że pragnie mieszczańskiego pokoju. Weimar to katastrofa właśnie dlatego, że nie ma wystarczającej siły, by zagwarantować mieszczański pokój. Jego zdelegitymizowane przez klęskę 1918 roku instytucje polityczne nie są w stanie wyodrębnić i ochronić przed fanatykami estetyzującymi (w rodzaju Jüngera), ale przede wszystkim przed fanatykami masowej polityki, takimi jak niemieccy komuniści czy naziści, silnego obszaru stabilnej prywatności. Instytucje Republiki Weimarskiej są zbyt słabe, by obronić cywilny obszar społeczeństwa przed polityczną mobilizacją. Nawet kiedy minie już pierwszy okres lewicowych i prawicowych rewolt i puczów, armie bojówkarzy nadal wypełniają ulice, werbują młodych weimarczyków, a zwycięstwo jednej z tych armii stanie się początkiem powszechnej politycznej mobilizacji narodu niemieckiego.
W tej ostatniej, najskuteczniejszej, nazistowskiej mobilizacji Jünger nie będzie już brał aktywnego udziału, nie będzie jej namaszczał swoim pełnym ekspresji stylem. Postawiony oko w oko z monstrualną realizacją swojego ideału, tym razem sam będzie próbował uciec w pogardzany przez siebie wcześniej obszar prywatności, zatęskni za autonomią literatury. Jako zblazowany kapitan Wehrmachtu w okupacyjnym garnizonie Paryża będzie opisywał w swoich dziennikach narastający dystans wobec brutalności i wulgarności nazizmu, czyli rzeczywistej totalnej mobilizacji. Tym razem jednak sam wykaże się gigantyczną hipokryzją, której jakoś nie zauważają jego wrocławscy wydawcy i wielbiciele biorący za dobrą monetę “dumne estetyczne wygnanie”. Bo oto Jünger, w istocie żałosny mieszczański esteta, boi się stanąć na czele jednego z batalionów, gdy apokalipsa mieszczaństwa rzeczywiście się już dokonuje. A zdumienie, że owe zmobilizowane marszbataliony nie składają się z subtelnych nacjonalistycznych eseistów, witalistycznych filozofów czy poetów, ale z urabianego prymitywną propagandą i ożywianego wulgarnym resentymentem motłochu, raczej demaskuje Jüngera jako żałosnego inteligenckiego naiwniaka, niż jest dowodem na jego nadzwyczajną intelektualną czujność (jak chcieliby ten epizod przedstawiać Kunicki czy Gabiś).
całość: Tygodnik Idei Europa

