Damian Burzyński: Sen
Kategoria: Opinie
wtorek, 31. lipca 2007
Całun ciemności okrył niebo. Jasno świecące gwiazdy nie były widoczne, przesłoniły je kłębiaste chmury, z których spadł letni deszcz. Mrok zgęstniał, a rytmicznie spadające krople wody wprowadziły mnie w melancholiczny nastrój. Leżałem w łóżku gotów do zanurzenia się w świecie snu. W głowie poczęły przesuwać mi się obrazy zdarzeń minionych, a wyobraźnia kreowała sytuacje z przyszłości, które z czasem całkowicie zawładnęły nad moimi myślami. „Rzeczywistość” uśpiona w czasie dnia zaczęła budzić się do życia. Umysł powoli pogrążył się w świecie snu.
Ach! Cóż to był z sen. Tak piękny, tak idealny, tak wspaniale obrazował me pragnienia… A jednak, był odległy i niedostępny. Tak nierzeczywisty…
Wydawać mogłoby się, że sny mogą być tylko patetyczne i wzniosłe, że przeznaczone są wielkim, niespełnionym ambicjom, dotychczas jeszcze niezrealizowanym, lub niemożliwym do wcielenia w życie. Nieprawda. Sny również obrazują rzeczywistość, w krzywym zwierciadle, przepuszczane przez wszelakiej maści filtry rozumu, często jednak opowiadają o sprawach bardzo przyziemnych. Po ponownym przekroczeniu granicy uśpienia umysłu, i powrocie na jawę, często można dojść do wniosku, że sen jest bardziej prawdziwy od otaczającego nas realnego świata. Ten, o którym chcę opowiedzieć, właśnie należał do takiego gatunku. Jednak, jak to ze snami bywa, nie jestem w stanie przekazać wszystkiego, gdyż niektóre jego okresy na zawsze pozostaną na krańcach mego umysłu, nie skażone dostępem pamięci.
Śniło mi się, że jestem Wolną jednostką w Wolnym społeczeństwie. Żadna obca persona nie miała wpływu na obraną przeze mnie, być może krętą i wyboistą, ścieżkę życia. Żaden „powszechnie uznany autorytet” nie wytyczał celu, do którego mam podążać. Śniło mi się, że byłem pasterzem, a nie owcą, a wokół mnie znajdowali się jedynie tacy sami pasterze, gotowi w każdej chwili iść własną drogą. Nikt nie był ograniczany przez szereg barier i granic, z których każda kolejna była wyższa i trudniejsza do przeskoczenia. W śnie moim, do założenia hodowli owieczek, nie było koniecznym otwarcie dziesięciu par drzwi, a następnie czmychnięcie pod stołem, obok innych pasterzy, aby wreszcie dokonać zakupu upragnionych zwierzątek. Nikt mi nie nakazywał, ile futerka mogę zgolić z każdej owieczki, nie miałem ograniczenia odnośnie ilości osobników stada mogących paść się na jednym hektarze łąki. Wszystko było normalne. Ścinałem tyle futerka, aby zwierzę było dla mnie nadal użyteczne, a pasłem je tam gdzie chciałem i ile ich chciałem… Nie dyktowano mi minimalnej ilości jedzenia przeznaczonej dla zwierzątka, te, jeżeli uważało, że wygłodzone, przenosiło się do sąsiada, który podobno żywił je lepiej. A farma pracowała dalej, żadna owieczka również nie umarła z głodu….
Śniło mi się, że kupując paszę dla konia, nie finansowałem alchemika, sporządzającego wywary dla mojego przyjaciela z sąsiedztwa, a nabywając na targu sok z jabłek nie płaciłem 600% jego rzeczywistej wartości, z którego to ceny 550% przeznaczonych było dla władcy wydającego dekret, że płyn ten może być jedynie wytworzony z odpowiednio kulistych owoców, posiadających charakterystyczny czerwony rumieniec na przynajmniej połowie powierzchni „dziecka jabłoni”. Płaciłem za sok, którego smak odpowiadał mi, a nie za produkt będący rozkoszą dla królewskiego podniebienia. Król się w te sprawy nie wtrącał. Goszcząc w przeróżnych gospodach nie zauważyłem stołów wykonanych z jednakiego drewna, pomalowanych tym samym kolorem, ani trunków mających ten sam smak. Wszędzie było inaczej, o wszystkim decydowały charaktery gości. Pasterze lubujący się w rozkoszach drewna sosnowego i kolorze brązowym udawali się do karczmy pasującej ich osobistym upodobaniom. Moja osoba natomiast, kochająca zapach drewna świerkowego, pomalowanego mrocznym kolorem czarnym, udawała się jedynie do miejsc oferujących taki klimat. Nikt nie postulował władcy, aby nakazał, by w każdej gospodzie stoły wykonane były z drewna sosnowego, nie słyszano również głosów domagających się wprowadzenia jednolitego „standardu świerkowego”. Każdy przebywał tam, gdzie jego natura najlepiej komponowała się z otoczeniem. A jeżeli tego nie robił musiał dostosować się do obyczajów panujących w danej karczmie. Wchodził tam na własną odpowiedzialność.
W śnie mym nie miałem obowiązku posyłania młodych owieczek na naukę „beczenia”. Jednak robiąc to nie musiałem skłaniać się do wyboru jedynego słusznego modelu edukacji ich gardeł na wydawanie z siebie określonego tonu, o jednakowej dla wszystkich liczbie decybeli. Owieczki nie musiały od małego uczyć się najefektywniejszego sposobu konsumowania trawy, mogłem również wybierać(jako ich zwierzchnik, królestwo nie wtrącało się, bo to była moja własność), czy chcą np. produkować jak najwięcej mleka, czy być producentami wełny. Nie uczęszczały na takie i takie zajęcia. Każda była tam, gdzie powinna trafić za sprawą naturalnych predyspozycji. Jeżeli lepsza dla niej była produkcja mleka, zajmowała się tą dziedziną, jeżeli wełny, doskonaliła się w tym fachu. Farma dzięki efektywnemu wykorzystywaniu własnego potencjału wciąż rozwijała się, a owieczki stały się z biegiem lat pasterzami. Stary pastuch u kresu swych dni nie był utrzymywany z królewskich dotacji mlecznych, które miałyby być przez całe jego życie oddawane władcy, i przy okazji w znakomitej większości przepijane przez królewski dwór, a przez młodych zarządców, umiejętnie zarządzających dobytkiem, dobrze wychowanych i patrzących z szacunkiem na dawnego Pana. Tak, to jest normalność…
Był to jednak jedynie sen, przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Wciąż rozpamiętywałem wizje wykreowane podczas nocnego spoczynku przez mój umysł. Chciałoby się nie powracać do rzeczywistości, jednak nie jest to możliwe. Lecz po dniu znów nastanie noc. Świat snów znów otworzy swe bramy przed człowiekiem, ponownie będzie można pogrążyć się w nierealnym świecie, będącym ucieleśnieniem marzeń zmęczonej głowy po ciężkim dniu. Marzenia się jednak spełniają, nigdy same, marzeniom należy pomóc. Więc kto wie, czy ciężko pracując sen nie stanie się kiedyś jawą…
Damian Burzyński
Autor jest członkiem Sekcji Młodzieżowej UPR w Ciechanowie
Komentarzy: 2
- alekmajewski wtorek, 31. lipca 2007
Dzisiaj macie okazję przeczytać felieton nowego autora, który pojawił się na eCzas.net - Damiana Burzyńskiego. Jak widzicie Damian, napisał lekkim piórem literacki tekst z ważnym przesłaniem. Obym mógł częściej na eCzas.net publikować takie felietony. Czekam na Wasze komentarze.
- fanatyk wtorek, 31. lipca 2007
Gdzie jest Guru Szczepankiewicz Jan?! Gdyby mojego Ukochanego Mistrza Jana ktoś skrzywdził, to przybiłbym się do krzyża jak Jezusa przybito i tak bym protestował, bo Nagodzic jest moim Guru i bez Mistrza nie widzę żadnej możliwości politycznego rozwoju, chociaż byłem w wielkiej ilości różnych partyj. Jan Szczepankiewicz jest prawdziwym politykiem. Zawsze będę głosić wszystkim chwałę Guru Szczepankiewicza! Unia Polityki Realnej była wielką pomyłką w moim życiu, ślepą uliczką i zwiedzeniem, po którym się bardzo źle czułem! Mam nadzieję, że szatan Janusz Ryszard Mikke mnie nie zwiedzie i zawsze będę z moim Mistrzem Janem!

