Igor Belczewski: „Dobro” płacy minimalnej
Kategoria: Opinie
piątek, 23. lutego 2007
Jak to dobrze, że mamy Ministerstwo Pracy. Ministerka pracy, Anna Kalata, zapowiedziała bowiem w czwartek w Brukseli chęć podniesienia płacy minimalnej do poziomu 50-60% średniego wynagrodzenia. Podobno w grudniu 2006 średnia pensja wynosiła 3027,51 zł, więc, jeśli liczyć na spełnienie obietnicy, płaca minimalna wyniosłaby ok. 1513,76-1816,51 w zależności od tego czy bliżej 50%, czy 60% obecnej średniej pensji. Obecna płaca minimalna, podniesiona pod koniec ubiegłego roku, wynosi 936 zł.
“Chodzi o to, by było to odpowiednie wynagrodzenie za pracę, by osoby pracujące nie były klientami pomocy społecznej”, tłumaczy pani Kalata.
Otóż płaca minimalna, jak zresztą każda ingerencja państwa w gospodarkę, skończy się fatalnie. Zastanówmy się jednak nad skutkami takiego działania.
Przede wszystkim, co jest widoczne na pierwszy rzut oka, pracownik będzie zarabiał więcej o ok. 600-800 zł. Kwota niemała. Tym samym będzie mógł on kupić więcej i, jak argumentuje ministerka, przestanie korzystać z pomocy społecznej. Jak widać same korzyści. Pracownik zyska, bo będzie zarabiał więcej, budżet państwa zyska, bo nie będzie musiał łożyć ze „swoich” zasobów, pracodawca… No cóż… Na pewno będzie miał bardziej zadowolonego pracownika, który będzie pracował efektywniej, zwiększy dochód firmy, więc ostatecznie zyska i sam pracodawca.
Jak widać, z wierzchu wszystko wygląda wspaniale. Czy jednak jest takim od środka? Pytanie retoryczne, odpowiedź oczywiście brzmi: nie.
Podwyższanie płacy minimalnej, jak i ona sama mają dwie ciemne strony. Pierwsza jest to strona ekonomiczna. Jeżeli pracodawca będzie musiał płacić co-najmniej-tyle pracownikowi to może okazać się, że to co-najmniej będzie wynosiło za dużo. Za dużo z punktu widzenia zysku, którego oczekuje pracodawca. Jeżeli pracodawca po przeprowadzeniu rachunku ekonomicznego firmy uzna, że dla opłacalności biznesu, pracownik zarabiający przykładowo 1500 zł musi zarabiać 1000 zł, wtedy, w trosce o dobro firmy, będzie musiał takiego pracownika puścić z torbami. W warunkach wolnorynkowych po prostu obniżyłby mu płacę o 500 zł, lub w jakiś sposób zwiększył jego efektywność i problem byłby rozwiązany. Pracownik mógłby zgodzić się na obniżkę pensji, albo zmienić pracę. Chyba, że okazałoby się, że nikt nie chce zatrudniać go za więcej niż 1000 zł. Wtedy albo zgodziłby się na warunki pracodawcy, albo pozostałby dobrowolnym bezrobotnym. Miał przecież oferty, z których nie chciał skorzystać.
Drugą ciemną stroną jest to, że ograniczana jest wolność i swoboda zawierania umów. Jeżeli bowiem płaca minimalna ustalona przez rząd wynosi przykładowo 1000 zł a potencjalny pracownik umówi się z pracodawcą na 500 zł, to pracodawca z powodu rządowych restrykcji, nie będzie mógł go zatrudnić. Tym samym stracą obie strony: pracodawca, bo nie będzie mu się opłacało zapłacić 1000 zł za pracę, którą chciał zlecić oraz potencjalny pracownik, bo nie otrzyma nawet 500 zł, pozostanie bez środków i pracy, zasilając tym samym rzeszę bezrobotnych. Owa rzesza powiększy się właśnie o ludzi tego typu, co nasz potencjalny pracownik. Ludzie ci będą oczywiście domagać się od państwa zasiłku pochodzącego z tzw. pomocy społecznej. Liczba jej „klientów” wzroście, co wywoła efekt odwrotny od zamierzonego.
Jedyną grupą, która zyska na podwyższeniu płacy minimalnej będą firmy, których pracownicy otrzymują więcej niż wynosi owe minimum. Najczęściej są to spółki egzystujące na rynku od wielu lat, mające ustabilizowaną sytuację finansową. Nowopowstałe przedsiębiorstwa, które nie będą miały natychmiastowych zysków, wystarczających by opłacić płace minimalne swoich pracowników, po prostu upadną. Tym samym zmniejszy się konkurencja, wskutek czego firmy, które zostaną na rynku nie będą miały bodźca do polepszania jakości swoich usług i do obniżania cen. Straci na tym oczywiście konsument. Będzie musiał kupować produkty drożej niż czyniłby to w warunkach wolnej konkurencji, przez co ograniczy swoją konsumpcję albo posiadane pieniądze wyda na to, na co nie wydałby ich w warunkach wolnego rynku. Praca zostanie rozlokowana w niewłaściwych sektorach, co w efekcie doprowadzi do nadwyżek i niedoborów. Wszystko to pod płaszczykiem walki z biedą.
Dobrze, że pomysły Ministerstwa to na razie to tylko pomysły. Gorzej jak zaczną wchodzić w życie zwłaszcza na taką skalę (50-60% średniej pensji). Skok bezrobocia, zmniejszenia konkurencyjności i migracje zarobkowe gwarantowane.
Igor Belczewski

