Igor Belczewski: Przymus edukacji - po co nam on?

Kategoria: Opinie

poniedziałek, 12. lutego 2007

W starożytnej Sparcie istniała zasada, zgodnie z którą słabe dzieci, w tym głównie dziewczynki, były zrzucane z góry jako potencjalnie nieprzystosowane do życia. Miało to na celu uchronić Spartę przed wzrostem jednostek nieprzydatnych, słabych i tym samym szkodliwych. Siła fizyczna odgrywała w Sparcie bardzo istotną rolę.

Była ona gwarantem, że dziecko w przyszłości będzie mogło realizować założenia polityczne Sparty, stricte związane z rzemiosłem wojennym. Stąd wypływało przekonanie, że nie opłaca się wychowywać tych, którzy w pierwszych chwilach życia wykazywali się słabością lub po prostu byli chorzy. Nie można stwierdzić, w jakim stopniu przyczyniło się to do potęgi militarnej Sparty, jednakże można domniemywać, że przyczyniło się to do jej rozwoju kulturalnego, a konkretniej do jego braku. Sparta bowiem, choć silna militarnie, stanowiła kulturalną Syberię.

Po co o tym piszę? Otóż w dzisiejszym świecie możemy doszukać się tendencji całkowicie odwrotnych od tych znanych ze Sparty. Chodzi mi konkretnie o szkolnictwo państwowe oraz o tzw. przymus edukacji, która to edukacja stanowi niejako alegorię „życia”, w odniesieniu do antycznej Sparty. W Sparcie mieliśmy do czynienia z pozbawianiem życia jednostek słabych, zaś współcześnie dostęp do edukacji jest powszechny i najczęściej obowiązkowy, również dla „słabych” umysłowo.

O ile w Sparcie niejaką trudność mogło sprawić przewidzenie, co wyrośnie z danego dziecka, o tyle w szkolnictwie jest to znacznie prostsze. Przede wszystkim dlatego, że potencjał umysłowy, w przeciwieństwie do potencjału „życiowego” na samym jego początku, po prostu widać. Jeśli dziecko wykazuje zainteresowanie np. przedmiotami ścisłymi, możemy sądzić, że w przyszłości zainteresowania te będą się rozwijać. Bieżący stan umysłu nie jest wcale równoważny z potencjałem, który może być ukryty, ale daje jakiś jego obraz. To z kolei sprawia, że można sobie „pogdybać” o przyszłości dziecka i spróbować podjąć właściwą decyzję.

Przymus edukacji, jak zresztą każdy przymus, wiąże się z szeroko rozumianą przemocą. Polega ona w tym wypadku na prawnej odpowiedzialności rodziców, którzy nie poślą dziecka do szkoły. Jeżeli dodatkowo, tak jak jest teraz w Polsce, szkoły są finansowane z pieniędzy podatników, czyli owych rodziców, przypomina to trochę sytuację z okresu średniowiecza, gdy pan pańszczyźniany kazał swojemu słudze zjadać to, co ten wcześniej wyprodukował własnymi rękoma, oczekując od sługi wdzięczności i posłuszeństwa. W tym wypadku jest to dodatkowo „produkt” zatruty. Tym, co go takowym czyni jest m. in. powszechność edukacji. Polega ona na tym, że każdy „może” się uczyć w państwowych szkołach, co jest mocno powiązane z samym przymusem(słowo „może” zmienia się w „musi”). Skoro każdy może/musi się uczyć, to uczy się także tzw. trudna młodzież. Gdy zatem zdrowy młody organizm trafia do szkoły, w której spotyka się na co dzień z licznymi elementami patologicznym, jest on stopniowo tymi elementami zakażany. To, że zdrowych jednostek jest zazwyczaj mniej niż chorych, tym bardziej powinno prowadzić do ich ochrony.

Takie spojrzenie na sprawę powinno uzmysłowić, że słowo edukacja, przy założeniu jej obowiązku i „bezpłatności”(państwowości) jest słowem-paradoksem. Paradoks polega w tym wypadku na niemożliwości pogodzenia przymusu uczenia się dla wszystkich i eliminacji szkodliwych jednostek oraz na zmuszaniu do nauki. Jeśli edukacja ma charakter dobrowolny, a więc prywatny i pozbawiony przymusu, wtedy ma ona wyraźny sens. W przeciwnym wypadku jest procesem uwsteczniającym, w którym zdrowe jednostki są ograniczone przez jednostki chore. To, czy ten podział będzie funkcjonował w naszym i rządowym myśleniu, nie zmieni faktu jego istnienia. Edukacja nie jest prawem jak głoszą socjaliści - ona jest przywilejem wymagającym podporządkowania się i spełnienia pewnych reguł.

A’propos państwowości edukacji i jej przymusu przyszła mi do głowy pewna myśl odnośnie przyczyny takiego stanu. Otóż, może rządy pomimo nie są aż takie głupie i podświadomie działa na swoją korzyść. Byłoby to możliwie przy założeniu, że utrzymując dwa patologiczne zjawiska(przymus i „państwowość” edukacji), rząd wychowuje sobie rzesze podległych obywateli, którzy w swojej niewiedzy będą idealnym materiałem do łupienia podatkami w przyszłości. Brzmi jak political fiction, ale czy ktoś może dać gwarancję, że tak nie jest? Tym bardziej, że mało kto wie dzisiaj, na czym opiera się polityka i idea państw, nie mówiąc już o znajomości podstawowych praw ekonomii. Tych przedmiotów nie ma w szkole, a jeżeli już są to pokazuje się ich „jedyną słuszną” stronę, w rzeczywistości nawet stroną nie będącą.

Spartanie, choć zabijali w bezmyślny i niehumanitarny sposób powinni nauczyć nas jednego: jeżeli chcemy osiągnąć przyzwoity poziom czegokolwiek musimy przynajmniej „zabić” to, co czyni ten poziom niskim. W tym wypadku trzeba przestać edukować „słabe” umysły, z czym wiąże się ich oddzielenie od tych zdrowych. Bowiem tak naprawdę nie da się uzdrowić czegoś, co jest z założenia chore. Głównymi chorobami w przypadku edukacji są jej państwowość i przymus, bezpośrednio ze sobą związane. Gdy wyeliminuje się te dwa absurdy nie będzie potrzeby by mądrzy obcowali z głupimi. Dla tych i dla tych znajdzie się miejsce, na czym skorzystają zwłaszcza ci ostatni. Oczywiście, jeżeli starania o to miejsce będą dobrowolne i okupione odpowiednim wysiłkiem.

Igor Belczewski


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze