Jacek Bartyzel: Na gruzach „rewolucji moralnej”

Kategoria: Opinie

poniedziałek, 12. marca 2007

Dziewiętnastowieczny filozof Hans Vaihinger wypracował kierunek, który przyjęto nazywać „fikcjonalizmem”. Kluczową kategorią jego systemu było bowiem pojęcie „jak gdyby” (Als Ob), wyrażające status fikcji, istniejących tylko w umyśle, lecz do rzeczywistości nieadekwatnych, mimo to jednak w świecie rozpowszechnionych i życiowo użytecznych.

Wspomniana kategoria niemieckiego kantysty może być zastosowana do opisu sposobu realizacji projektu zwanego IV Rzeczpospolitą. Dla uzasadnienia tej przydatności przyjmijmy na początek, że prawdziwy jest obraz Polski pod rządami PiS, odmalowywany w jadowicie „pisożerczych”, czyli nieomal wszystkich, mediach krajowych i zagranicznych. Zakładając przy tym, że nie mamy żadnych innych narzędzi weryfikacji trafności wypowiadanych tam orzeczeń, musielibyśmy nabrać przekonania, że w Polsce odbywa się autentyczna Kontrrewolucja polityczna i moralna, energicznie prowadzona przez integralnie prawicowy, tradycjonalistyczny i katolicki rząd.

Każdy konserwatysta musiałby być tym faktem szczerze zbudowany, gdyby… No właśnie: gdyby nie to, że obraz ten jest nieprawdziwy; stanowi on właśnie jaskrawy przykład Vaihingerowskiej fikcji „jak gdyby”. Partia stworzona przez braci Kaczyńskich jest „jak gdyby” konserwatywna i prawicowa, a jej „rewolucja moralna” jest „jak gdyby” kontrrewolucją.

W rzeczywistości formacja ta w swoim głównym – postsolidarnościowym, a bezpośrednio wywodzącym się z Porozumienia Centrum – trzonie wpisuje się w ultrademokratyczną „metanarrację” ideologiczną, której ojcem-założycielem był Rousseau, a pierwszymi praktykami – francuscy jakobini. Jądrem tej ideologii jest wczesno nacjonalistyczna (w literaturze naukowej nazywana „nacjonalitaryzmem”) koncepcja suwerennego i „uzbrojonego” („do broni, obywatele!”) ludu – narodu, którego rewolucyjna awangarda, patriotyczna i nieprzekupna, heroicznymi aktami woli poskramia wrogów Republiki, zdrajców i złodziei.

Oprócz rewolucyjnego patosu znamiennym rysem tej formacji jest permanentne utrzymywanie narodu w stanie egzaltowanej ekscytacji w oczekiwaniu na „wielki przełom” („obywatele, jeszcze jeden wysiłek”), i to tym bardziej podgrzewanej, im mizerniejsze są rezultaty w wykrywaniu agentury czy korupcji.

Dobrym przykładem ideowej konfuzji z prawicą jest wyznawana przez liderów PiS idea „silnego państwa”. Wbrew pozorom nie jest ona wcale konserwatywna. Ideałem tradycjonalistycznym jest „silne społeczeństwo” – złączona jednością wiary, moralności i reguł cywilizacji wspólnota rozmaitych ciał społecznych: rodzin, gmin, prowincji, ciał zawodowych i stowarzyszeń, w stosunku do których publiczna „władza najwyższa” (suprema auctoritas) pełni rolę rozważnego protektora ich „wolności konkretnych”, gwaranta jedności i strażnika dobra wspólnego. „Silne państwo” natomiast to idea na wskroś nowoczesna, etatystyczna i centralistyczna; to wszędobylscy „komisarze Republiki”, nie ufający nikomu i kontrolujący wszystko.

Przynajmniej do czasów pojawienia się socjalizmu takie poglądy jak Jarosława Kaczyńskiego były normą dla całej europejskiej lewicy, i to skrajnej lewicy. Wyznawali je nie tylko Robespierre czy w XIX wieku Gambetta, ale jeszcze na początku XX wieku neojakobiński „Tygrys” Clemenceau – patriota żarliwy i niewątpliwie „mocny człowiek” Republiki. Dlaczego zatem PiS budzi dzisiaj taką odrazę w „postępowej” Europie i jest desygnowany jako „skrajna prawica”?

Ten pozorny paradoks jest łatwy do wytłumaczenia: wyjaśnia go ewolucja współczesnej lewicy, która porzuciła jakobiński „nacjonalitaryzm” i przeszła na pozycje kosmopolitycznego socdemoliberalizmu. Lewica „starej daty” na całym świecie walczyła o tak zwane „wyzwolenie narodowe i społeczne” ludu francuskiego, włoskiego, polskiego czy węgierskiego.

Socjologicznie ten „lud” w bardziej zurbanizowanych społeczeństwach zachodnich oznaczał głównie średnią (drobnomieszczaństwo) i niższą (sankiuloteria) klasę mieszkańców miast, natomiast w agrarnych społeczeństwach Europy Środkowo-Wschodniej – lud wiejski; z kolei dla lewicy socjalistycznej lud zidentyfikował się niemal całkowicie z proletariatem fabrycznym.

Paradoksalnie, im większe sukcesy lewica odnosiła w zakresie demokratyzacji społecznej i politycznej, tym bardziej ów lud przestawał się jej podobać. Z narastającą grozą konstatowała ona bowiem, że „lud realny” (chłopi, rzemieślnicy, sklepikarze, robotnicy) w swoich obyczajach, przekonaniach i sposobie ich wyrażania jaskrawo odstaje od „wartości demokratycznych”. Za nic ma „prawa człowieka”, „różnorodność” i „tolerancję dla odmienności”. Opowiada się za karą śmierci, jest anima naturaliter „ksenofobiczny” i „homofobiczny”. Zwłaszcza język, jakim lud ma zwyczaj opisywać świat i bliźnich, musi przyprawiać postępowców o rozpacz.

„Afrykanina” lud nazywa czarnuchem, asfaltem albo koksem (a lud murzyński Białego oczywiście białasem), „geja” – pedałem, a na określenie kobiet „molestowanych” ma od niepamiętnych czasów słowa, których nasza pruderia nie pozwala tu zacytować, lecz są one przecież powszechnie znane. Jeżeli jego córka szlaja się po nocy w podejrzanym towarzystwie to typowy robotnik spuszcza jej manto, nic nie przejmując się jej wolnością i „prawem do samorealizacji”.

całość: Prawica.NET


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze