Jacek Bartyzel: Trojański mebel Kwaśniewskiego
Kategoria: Opinie
czwartek, 31. sierpnia 2006
Choroba Fidela Castro wywołała – co zrozumiałe – falę spekulacji co do przyszłości Kuby po prawdopodobnym rychłym zejściu jej komunistycznego genseka. Niepokojący wszelako wydaje się dominujący w postępowych (czyli praktycznie wszystkich) mediach ton tych komentarzy. Dostrzegalna jest w nich bowiem nie nadzieja na prawdziwą dekomunizację tego pięknego, lecz nieszczęśliwego, kraju, lecz troska o to, by przypadkiem tyranizującym go od 40. lat komunistom włos z głowy nie spadł.
Znamienne zresztą, że właściwie niemal nie używa się w tym kontekście słowa komunizm, lecz jedynie i nieustannie dyktatura, a tym samym Castro, jako jeden z ostatnich w świecie – jak się uporczywie podkreśla – dyktatorów, nieoczekiwanie staje się nie tyle uczniem Lenina, Stalina czy Breżniewa, lecz „kolegą” Franco, Salazara czy Pinocheta. Chodzi zatem nie o wyzwolenie Kuby spod komunizmu, lecz o demokratyzację systemu, po której ludzie aparatu partii komunistycznej mają mieć zagwarantowany formalnie równoprawny, a faktycznie – jak zawsze w takich wypadkach – uprzywilejowany udział. Jako że potencjalnych następców Castro nieustannie się komplementuje, uznając za oczywistość, że dojrzeli oni do takiego rozwiązania, rolę wroga wyznacza się zamiast nich, ni mniej ni więcej, tylko prawicowym emigrantom, mającym swoje skupiska głównie na Florydzie; nacjonalistom kubańskim, którzy od samego początku próbowali z bronią w ręku obalić komunistyczną tyranię. Jaki by tedy światowy tytuł nie wziąć do ręki, wszędzie można przeczytać alarmujące ostrzeżenia przed „ekstremistami”, którzy gotowi są zakłócić spodziewany proces demokratyzacji i, nie daj Bóg!, przeprowadzić zbrojną Kontrrewolucję.
Sprawa wydaje się zatem oczywista: dla Kuby po komunizmie przewidziano dokładnie ten sam scenariusz, co dla Polski i innych krajów zniewolonych przez Sowiety. Udelektowani mają być (politycznie i finansowo) przede wszystkim sami komuniści, z pełną gwarancją bezkarności oraz smakowania owoców Rewolucji, dalej „słuszni”, bo postępowi, dysydenci, czyli ci dawni towarzysze Castro, którzy się przewerbowali na demokrację i socjalizm z ludzką twarzą, no i oczywiście grynderski multikapitał, któremu otworzy drogę jakiś kubański Balcerowicz. Lud ma się zadowolić odzyskanymi prawami człowieka, podziękowawszy swoim dotychczasowym oprawcom za to, że już łaskawie nie będą mordować i więzić. Zamiast Komunistycznej Partii Kuby powstanie Sojusz Lewicy Demokratycznej im. Ernesta „Che” Guevary, rządzący wespół albo na przemian z postdysydencką Partią Demokratyczną, bo przecież kult tego „bohatera” będzie łączył wszystkich. Dla ubarwienia pluralizmu może jeszcze powstanie Ruch Otwartych Chrześcijan, kierowany przez „teologów wyzwolenia”. A wrogiem publicznym wszystkich demokratów będzie kontrrewolucyjna, nacjonalistyczna prawica, wywołująca demony przeszłości.
całość… Konserwatyzm.pl

