Jan Szczepankiewicz: “Inteligenta pracującego” umysł oszalały

Kategoria: Opinie

poniedziałek, 18. czerwca 2007

1134.JPGPrzeciętny „inteligent pracujący” musi kombinować, by żyć. Zazwyczaj miota się pomiędzy materialnym kompleksem, a intelektualnym poczuciem wyższości. Mimo względnie dużej gotowości do sprzedawanie swych usług, lubi uważać się za osobę bezinteresowną. Chociaż za darmo niewiele zrobi. Chroniczne wygłodzenie wpycha go nierzadko w procedery pospolitej korupcji i politycznej prostytucji. Lubi narzekać, pogardzać, knuć i podkładać świnie.
Kondycja felietonistyki, satyry i dziennikarstwa „debatującego” jest w dużej mierze pochodną duchowych potrzeb, fobii, a także frustracji zagonionego „inteligenta”. Robiąc umysłem, musi wciąż udowadniać, że jest bystry (ostry jak brzytwa) i nikt nie da mu rady. Wymyśla więc takie teorie, które mniej zmotywowanym nie przyszłyby nawet do głowy. Podejmuje się często rzeczy brzydkich, bo na takie jest popyt i są zlecenia. Z lubością natomiast obnaża pazerność innych, piętnuje ekscesy seksualne, niekompetencję prawdziwą lub wymyśloną, podkreśla wady postawy i krzywy nos… Ostatnio furorę robią nawet śmieszne (?), albo „kojarzące się” nazwiska. I pomyśleć, że kiedyś uczono dzieci w domu paciorka, a przy okazji mamusia napominała, że przekręcanie nazwiska kolegi jest oznaką złego wychowania. Podobnie, jak nie należało przezywać garbatego sąsiada, mimo, że kojarzył się śmiesznie z wielbłądem.

 Dziś w telewizji, w radiu i w gazetach, pełno jest zabawy z najprostszych dowcipów, felietoniści zaś uwielbiają odbrązowić, zakwestionować, odkryć niejasny epizod, dowcipnie przekręcić nazwisko… A niech się teraz delikwent tłumaczy, albo i złości. A co tam!

Umiejętne, a przy tym bezkarne ubliżanie sobie nawzajem, podniesiono wręcz do rangi profesjonalizmu i medialnego obycia. Doszło do tego, że publiczne „debaty” z udziałem najważniejszych osób w państwie, nabrały uroku psiej walki, w których prowadzący nie tylko zezwala na dowolne chwyty, ale też sam potrafi warknąć, charknąć i uciąć. Jednocześnie często z wyboru staje się kolejnym zawodnikiem.

Zasada jest prosta. Dziennikarz pluje w twarz uczestnika ostatnim zdaniem przedmówcy, niby to udziela mu głosu i czeka na pewny jazgot. Gdyby zamiast słów, używać odpowiednio zębów, pazurów itp. argumentów – uczestnicy „debat” wychodziliby nadzy, zaślinieni, pokrwawieni, a nawet okrutnie zgwałceni. Bez względu na płeć i pozycję.
Wygrywa ten, kto przegada, zakrzyczy, zawłaszczy czas antenowy, a w ostateczności zmieni temat lub dotkliwie przeciwnika obrazi.

Niby nic nowego, bo już w starożytnej Grecji i w Erystyce Schopenhauera… Ale odmiana wybitnie barbarzyńska i chamska.. Satysfakcja bywa natomiast realna, zagrzewa do jeszcze większych czynów i wyrabia opinię „człowieka – czołgu”.

Wyrosła nam cała sfora ujadających dziennikarzy, poszukiwaczy ukrytych prawd, przemądrzałych i bywa, że zupełnie nieodpowiedzialnych. Wieloletni często dorobek wskazuje na nieustanne doskonalenie warsztatu - eskalację inwektyw i dbałość o rozwój asortymentu. U niektórych pojawia się potrzeba intelektualnego ekshibicjonizmu i ekspozycji swej (płatnej zazwyczaj) ostentacyjnej niezależności.
Podziwiać można nowe wersje powszechnie znanych wydarzeń, rewizje coraz to nowych świętości, rehabilitacje zbrodniarzy, a nawet przelane na papier (anty) religijne nerwice.
Przez lata, nowotwór „inteligenta pracującego” rozzuchwalił się do tego stopnia, że obdarowany wolnością słowa i dopuszczony do wszelkich prezentacji, zniekształcił gusta kolejnych pokoleń ludzi prostych. Dzieci i wnuków tych, których niedawno z wioseczki, spod skrzydeł księdza proboszcza - prosto do hut, teatrów oraz szkół zaproszono. Zakłóceniu uległ tym samym proces prawdziwej emancypacji i przyjmowania bardziej wyrafinowanych, a przede wszystkim budujących wzorców.

„Inteligenci pracujący” ze związku zawodowego nauczycieli „oflagowują” nawet przedszkola, do powierzonych im dzieci plują na urzędującego Ministra Edukacji i nadzorują polityczne wycieczki zdenerwowanej słusznie młodzieży. Lekarze „odchodzą od łóżek”, a prawnicy od…rozumu. Jednym zawalił się świat, bo już nie wolno robić „za Bozie”, a przy okazji brać ile się da - bez kontroli i bez podatku. Drudzy wygłupili nawet Trybunał Konstytucyjny, za nic mając posiadaną przecież wiedzę i elementarną, ludzką przyzwoitość. Dopuścili się tego w poczuciu głębokiej solidarności z peerelowskim „inteligentem pracującym”. Pracującym często, jak się wstydliwie okazało – na dwa etaty.
Przykro stwierdzić, ale gatunek ten (w rozumieniu marksistów warstwa społeczna o charakterze służebnym) zdominował sposób myślenia, działania i wykoślawił kryteria dokonywania ocen w skali wręcz globalnej. W polskim wydaniu zjawisko to ma wybitnie obrzydliwy charakter z uwagi na utytłanie się „inteligenckich” autorytetów rozmaitym „lizydupstwem” i płatnym donosicielstwem. Rzesze naprawdę niezbyt mądrych „wykształciuchów” znalazły swoje miejsce w nowej rzeczywistości w sposób równie niesmaczny, jak ich polityczni towarzysze.
Wychodzi na to, że „inteligent pracujący” zrobi wszystko, jak mu tylko zapłacą. I wcale się tego nie wstydzi. W końcu - żadna praca nie hańbi.
Jedyną nadzieją dla polskiej klasy politycznej, środowisk akademickich, dziennikarskich, prawniczych, medycznych, nauczycielskich, a także dla bardzo potrzebnych urzędników państwowych i samorządowych – jest przywrócenie etosu zawodu oraz powrót do kategorii narodowej służby. Tylko całościowa zmiana systemu może przywróci im godność, a zmutowany wycieruch uosabiający służebne cechy „inteligenta pracującego” przestanie kupczyć i smrodzić w naszej przestrzeni publicznej, za nic mając nawet polską rację stanu.

Jan Szczepankiewicz  

Autor jest Prezesem Krajowego Forum Przedsiębiorczości


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze