Jan Szczepankiewicz: Pochwała żeglowania
Kategoria: Opinie
poniedziałek, 29. stycznia 2007
Przedsiębiorczość można porównać do umiejętności żeglowania. Kto ją posiądzie - nie tonie, nie dryfuje, nie błądzi. Nie okrętuje się też na byle jaki statek. Szeroka definicja przedsiębiorczości obejmuje zdolność do samodzielnych działań, która powinna cechować zarówno uczącą się młodzież, jak i gospodynie domowe czy pracowników najemnych.
Najwyższym, kapitańskim stopniem wtajemniczenia, jest przedsiębiorczość zinstytucjonalizowana w postaci samodzielnie prowadzonej firmy.
Nie każdy musi prowadzić działalność na własny rachunek. Ważne, by był zaradny, potrafił samodzielnie podejmować decyzję, zrobić swój „biznes – plan”, ocenić i zaakceptować niezbędne ryzyko. Być może nie każdy człowiek przedsiębiorczy jest wolny od zależności, ale nikt nie będzie wolny od biedy, jeżeli nie nabędzie cech osoby przedsiębiorczej.
Podstawą ładu społecznego jest zgoda na uczciwe zróżnicowanie i korzystne współdziałanie, w ramach społecznego podziału pracy. Największym zagrożeniem dla sprawiedliwości, jest zorganizowany bunt ludzi mało przedsiębiorczych, skierowany przeciwko ludziom świadomym i wprawnym. Kontynuując naszą paralelę, można tę sytuację porównać do buntu na pokładzie, którego następstwem może być nawet katastrofa i powszechne nieszczęście.
Rewolucyjny socjalizm jest takiego buntu najbardziej szkodliwą formą. Statek traci nie tylko sterowność, ale też rzeczywisty cel. Życie w każdej dziedzinie ma charakter dynamiczny, stąd łatwo można porównać go do podróży, a bezwzględność żywiołu najbardziej czyni przydatnym podobieństwo prowadzenia swoich spraw, właśnie do zmagań na morzu.
Praktyk, uczestniczący w przemianach rynkowych, jakie dokonywały się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad wie, że po pierwszej fali powszechnej przedsiębiorczości typu „łóżko – szczęka”, nastąpiła bezwzględna selekcja. Kto zachłysnął się pierwszym sukcesem – przegrał. Można było podziwiać metamorfozę „białych skarpet”, które nie bacząc np. na zabójcze oprocentowanie kredytu, wystawnie urządzały swe biura, zakładały okulary „zerówki”, fundowały sobie radosne urozmaicenia w życiu osobistym.
Mało który „szef”, przetrwał następne lata. Czy zatem można powiedzieć, że „biznesmeni” początku lat 90-tych byli ludźmi przedsiębiorczymi?
Pod względem gotowości, niewątpliwie – tak. Pod względem predyspozycji i umiejętności – rzadko który. I nie wszystko można tu zwalić na Balcerowicza, którego już sama proweniencja, warunkowała stosunek do polskiej przedsiębiorczości. Bo jaki koń jest , każdy widzi.
Oczywiście, pegeerowskie sieroty nakarmione zupą Kuronia, w ogóle się nie ruszyły, bo i po co? Komunistyczne kadry zepsuły zarówno polski kapitalizm, jak i demokrację. Bynajmniej nie bezinteresownie.
Socjalizm jest drogą , która prowadzi do powszechnego złodziejstwa i dziadostwa.
Krytykowanie ekip okrągłego stołu, nie zmienia jednak faktu, że tzw. ofiary okresu transformacji, to przeważnie ofiary życiowe, których miast żałować, trzeba było batogiem pognać do nauki i pracy. A batogiem bym mógł stać się wolny rynek, brak socjalnego wsparcia, a także społeczna i polityczna dezaprobata dla zawinionej nędzy.
Także dzisiejsze statystyki wskazują na niewielki procent przetrwania zakładanych w Polsce firm. Oprócz zmiany warunków ogólnych, konieczne jest też lepsze przygotowanie merytoryczne adeptów. Inaczej polska „przedsiębiorczość”, zbyt często będzie realizowała się na zmywakach i w kiblach, u naszych zachodnich sąsiadów.
A do tego dopuścić nie można.
Ortodoksyjni liberałowie najchętniej widzą te zagrożenia, które wynikają z niekorzystnych działań własnego państwa. Są one faktem, ale należy stanowczo stwierdzić, że prawdziwe ciosy dla MŚP, przychodzą często z obcych ośrodków władzy. Zarówno tych państwowych, jak i korporacyjnych. Są one tym bardziej bezwzględne, że nie podlegają żadnej, jednostkowej negocjacji.
Własne państwo nie jest ani dopustem Bożym, ani zbiorowym opiekunem. Stanowi ono najwyższą formą zinstytucjonalizowanej, polskiej przedsiębiorczości, podobnie jak podstawową jej forma są małe i średnie przedsiębiorstwa, często rodzinne. Dbałość obywateli o siłę i suwerenność państwa, powinna skutkować wzajemną troską władz o konkurencyjność ambitnego, przedsiębiorczego podatnika. Budowanie wolnorynkowej Utopii - bez granic, tak naprawdę nikogo nie interesuje. Instrument władzy nadal jest i pozostanie w powszechnym użyciu.
Wolny rynek, jako zasada i zdolne do koniecznych interwencji państwo, najlepiej będą służyć dzisiejszej, polskiej przedsiębiorczości.
Jan Szczepankiewicz
- autor jest prezesem zarządu Krajowego Forum Przedsiębiorczości

