Krzysztof Mazur: Mania wielkości
Kategoria: Opinie
czwartek, 21. grudnia 2006
Już prawie od miesiąca, dzień w dzień jesteśmy nękani problemem zagospodarowania popularności Kazimierza Marcinkiwicza, „Rz” przedstawiła nawet wyniki ogólnopolskiego sondażu mającego wskazać na jakiej wysokiej posadzie rodacy widzą byłego premiera. Nie dość, że prawie corocznie obchodzimy „święto demokracji” -aby nie sięgać pamięcią zbyt daleko wstecz wystarczy przypomnieć, że w 2000 r. wybieraliśmy prezydenta, w 2001 parlament, w 2002 władze samorządowe, w 2003 głosowaliśmy w referendum akcesyjnym…
… w 2005 świętowaliśmy podwójne wybory z dwiema turami prezydenckimi, w 2006 kolejne wybory samorządowe, wkrótce wybory sołtysów- a jak tak dalej pójdzie to sejm gotów zarządzić ogólnokrajowe referendum w sprawie pracy dla Marcinkiewicza.
Z tych społecznych konsultacji wynika, że Marcinkiewicz dołączył obok profesora Geremka i Adam Małysza do naszych narodowych skarbów, Polacy domagają się wprost od byłego komisarz Warszawy aktywności poprzez założenie własnej partii, wsparcia rządowych kadr czy pokierowanie jedną z państwowych spółek nazywanych kolokwialnie „rodowymi sreberkami”. No a czym ma kierować narodowy skarb jak nie narodowym srebrem?
Jest w tym cyrku jakiś rodzaj polskiej skłonności do megalomani i bufonady a zarazem zupełny brak trzeźwego sądu, niezbędnej w takich sprawach rezerwy i konsekwencji. Przecież jeszcze kilkanaście miesięcy temu mało który rodak, nawet interesujący się bieżącymi wydarzeniami politycznymi potrafił cokolwiek powiedzieć o Kazimierzu Marcinkiewiczu pomimo, że -wbrew upowszechnianej legendzie- polityk ten podobnie jak wielu innych rodzimych „neokoni” aktywnie współtworzył tak krytykowane obecnie oblicze III RP. Osobiście pamiętam kilka tekstów z „Rz”, w których ekspremier pisał dość pretensjonalnie o system edukacji ciesząc się, że nareszcie mamy „bon edukacyjny” (było to na początku rządów AWS w 1998 r., Dzięki Bogu mamy już 2006 r. a –abstrahując od samego pomysłu- bonu jak nie było tak nie ma) ale także w miarę sensowne artykuły traktujące o prowadzonej polityce gospodarczej, z których nic nie zostało zrealizowane w czasie kiedy ich autor kierował Radą Ministrów. W sumie dla ludzi o poglądach wolnorynkowych żadne rewelacje a właściwie bardziej romantyczne impresje rynkowego neofity.
Obecne zamieszanie z Marcinkiewiczem potwierdza jednakże stale obecne w polskiej polityce przekonanie o zastępie ludzi niezastąpionych. Przed wyborami samorządowymi uczestniczyłem w jednym ze spotkań, na którym jeden z posłów PiS-u promował popieranego przez tę partię kandydata na prezydenta miasta. Na pytania dotyczące polityki fiskalnej czy reformy finansów publicznych ciągle można było tylko usłyszeć odmieniane przez przypadki nazwisko Gilowskiej, jako alibi i zarazem gwarantki, że cokolwiek jest robione to jest to robione dobrze. Co ciekawe padł również argument, że nawet gdyby w sprawie TW „Beata” było coś rzeczywiście na rzeczy to Gilowska powinna pozostać w rządzie właśnie przez konieczność klecenia kolejnego „budżetu rozwoju”. Osobiście zwróciłem wtedy uwagę, że jest to hołdowanie zasadzie „niezastąpionych fachowców”, którymi rządzący III RP karmią nas od 1990 r. kiedy to w podobny sposób argumentowano przeciwko dekomunizacji i tzw. opcji zerowej w służbach. Zresztą ten sam problem dotyczy wszystkich sfer naszych realnych czy urojonych elit począwszy od polityki, poprzez obsadę synekur w państwowych lub komunalnych spółkach, uczelnie tak publiczne jak i prywatne (w końcu w prywatnych czy państwowych utytułowanymi wykładowcami są zwykle te same osoby) a na kościelnych awansach skończywszy. Ciekawym przykładem niech będzie ostatnia inicjatywa grupy posłów dotycząca intronizacji Chrystusa, którą nonszalancko spostponował abp. Sławoj-Głódź wskazując posłom aby zamiast takich inicjatyw raczej gorliwie modlili się i pościli. Być może w ustach bardziej skromnego i pobożnego księdza taka uwaga zabrzmiałaby nawet wiarygodnie ale wypowiedziana przez biskupa sybarytę i kumpla prezia wywołuje jedynie uśmiech politowania. Abstrahując zresztą od sedna problemu takie napomnienie skierowane do raczej pobożnego posła Górskiego i posłanki Muriasowej przypomina pohukiwania księdza na obecnych w kościele za niską frekwencję na nabożeństwie.
W opublikowanym w 2001 r. tekście pt. „Elity z łapanki” cytowałem Zdzisława Najdera, który tak przedstawił problem obsady kadrowej rządu Jana Olszewskiego:
Wojciech Włodarczyk „został szefem dlatego, że był osobą, do której Jan (Olszewski-przyp.) miał wielkie zaufanie….Włodarczyk był naszym pupilem, bo to był chłopak mojej pasierbicy. Tamten rząd był robiony z łapanki. Włodarczyk miał zostać szefem MON do tego się przygotowywał, ale ponieważ Jan nie wiem z jakiego powodu nie chciał, żeby Lech Kaczyński został szefem URM… Lech Kaczyński wypadł, do MON poszedł w ostatniej chwili podsunięty przeze mnie Parys. No a Wojtek, zupełnie znienacka został szefem URM”.
Z kolei Lech Wałęsa w rozmowie z Adamem Michnikiem przeprowadzonej w 1995 r. tak przedstawiał początki premierostwa Jan Bieleckiego: ”Dlatego, że nie miałem pierwszej ligi, musiałem wziąć z trzeciej…Kiedy się decydowała sprawa powtórki Bieleckiego, on wtedy wyjechał za granicę, delegację sobie zrobił. Ja nie mogłem go złapać. Przez żonę chciałem go złapać”….Przynajmniej wiadomo po co J.K. Bielecki „posiadał” –jak się sam niegdyś wyraził- żonę.
Wiele wskazuje, że podobnie wyglądał ubiegłoroczny casting na tymczasowego premiera RP Trzeciej i Pół co zapoczątkowało obecny problem z zagospodarowaniem tak wygenerowanego „fachowca” od wszystkiego. Ale co tam - Staszek Dobrzański „sprawdził” się w biznesie to dlaczego nie miałby spróbować Marcinkiewicz. Do siego roku.
*** Krzysztof Mazur ***

