Maciej Rybiński: Reżymieszki
Kategoria: Opinie
sobota, 12. sierpnia 2006
Przy okazji procesu lustracyjnego Zyty Gilowskiej mamy okazję być widzami dwóch ładnych przedstawień z reżymieszkami PRL w rolach głównych. Jedno toczy się na sali sądowej, gdzie występują emerytowane już, starcze reżymieszki z SB, drugie w mediach, gdzie znacznie młodsze i wciąż pełne werwy reżymieszki pozagrobowe systemu walczą z lustracją o dobre imię konfidentów i donosicieli. Jest to tak zwana sztafeta pokoleń. Po Polsce biegają teraz dwie takie sztafety. Jedna jest esbecko–lustracyjna, druga powstańczo-patriotyczna.
Jesteśmy wielkim krajem i szlachetnym narodem, skoro jest u nas miejsce dla obu, bez krwawych starć i bicia się pałeczką sztafetową po głowach. Europa, która się na nas krzywi, mogłaby się od nas uczyć tolerancji. Z całego procesu Zyty Gilowskiej najbardziej podobała mi się odpowiedź lubelskiego esbeka, który na pytanie sądu, jak długo pracował w Służbie Bezpieczeństwa, odpowiedział, że do 1996 r. Piękna odpowiedź. I prawdziwa. I tak pracował krótko, bo są przecież i tacy, którzy służą wiernie do dziś. Gdyby III Rzeczpospolita była państwem uczciwym, Sejm uchwaliłby dziś, zamiast handryczyć się o nowelizację ustawy lustracyjnej, medal “Za wierną służbę”. Na awersie profil Tadeusza Mazowieckiego przekreślony grubą kreską, na rewersie podobizna Krzysztofa Kozłowskiego w szlafmycy. Pierwszymi odznaczonymi powinni być naturalnie świadkowie w procesie Gilowskiej, a potem cała reszta: funkcjonariusze UOP i wojskowych służb informacyjnych, autorytety moralne, prywatyzatorzy PZU i Warty, honorowi członkowie listy Wildsteina, zespół “Gazety Wyborczej”, korpus dziennikarzy śledczych i tak dalej. Można by też pomyśleć o przywilejach emerytalnych dla wszystkich reżymieszków, którzy przystąpili do SB już po jej formalnej likwidacji, to znaczy po zmianie nazwy - rok zwalczania lustracji powinien się liczyć za dwa lata służby. Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, jak powiedziałby arcybiskup Życiński.
Dwa lata temu przyjechała do Warszawy grupa polityków ukraińskich przygotowujących tamtejszą ustawę lustracyjną. Chcieli poznać polskie doświadczenia. Zostałem zaproszony na spotkanie z nimi wraz z Krzysztofem Kozłowskim, pierwszym ministrem spraw wewnętrznych III Rzeczypospolitej. Pan minister na pytanie, dlaczego w 1990 r. rząd nie zdecydował się na opcję zerową, likwidację wszystkich służb komunistycznych i ujawnienie ich agentury, odpowiedział dosłownie i najpoważniej w świecie - to byli ludzie dobrze wyszkoleni, zorganizowani i uzbrojeni i istniały obawy, że stawią zbrojny opór.
całość… Wprost.pl
1 komentarz
- leon sobota, 12. sierpnia 2006
Brawo Panie Rybiński , tylko gdzie był Pan jak w ten sam s sposob lecz przed 15 l sam sposob o sprawie pisał St. Michalkiewicz ? Wtedy On był oszołomem a Pan zapewne poważnym publicystą publicystą ?

