Marcin Chmielowski: Bardzo drobni przedsiębiorcy
Kategoria: Opinie
wtorek, 7. sierpnia 2007Widok drobnego handlarza na ulicy Floriańskiej, mima zbierającego pieniądze do puszki, czy skrzypka zarabiającego graniem na rogu Siennej może wywoływać odruch współczucia. Dla mnie nie do końca zrozumiały. Być może część z nas wolałaby widzieć te osoby w kolejce po zasiłki, a na ulicach i dworcach mieć porządek. Na szczęście istnieje minimum wolności, także w gospodarce, z której jednostki - jeśli tylko chcą - mogą korzystać.
Grzesiek ma swoje stoisko na krakowskim dworcu PKP. Sprzedaje książki. Jak sam mówi może narzekać tylko na uciążliwe przez część roku zimno i stale nachodzących go strażników służby ochrony kolei. Codziennie przewija się tędy masa ludzi. Wielu tylko ogląda, ale część też kupuje. Oprócz podróżnych przychodzą też i Krakowianie, wielu stałych klientów. Obserwując ruch na stoisku trudno uwierzyć, że Polacy czytają tak mało. Pewno czytaliby więcej, ale książki są dosyć drogie - opowiada bukinista, zwracając uwagę na niedofinansowane biblioteki. Jego pomysł był prosty: dać ludziom możliwość zakupu tanich książek. Przy okazji spełniając namiastkę misji społecznej. Temu raczkującemu kapitalizmowi, rodem z początku lat 90-tych nieobce są propozycje oferowane przez profesjonalistów: możliwość targowania się, rabaty dla stałych klientów. Poproszony o skomentowanie swojej działalności mówi: Pieniądze tak naprawdę leżą na ziemi, tylko trzeba wiedzieć jak je podnieść.
Granie na ulicy to właśnie taki pomysł. Zresztą bardzo stary i obecny na krakowskim rynku od bardzo dawna. Wołodia zarabia na życie grą na akordeonie. Można go spotkać na Grodzkiej lub w Bramie Floriańskiej. Jego energiczne palce i talent to jedyne co posiada. Dawniej grał w orkiestrze w Kijowie, nie tylko na akordeonie. Czasy się zmieniały i ja też musiałem - po czym dodaje - Przynajmniej coś umiem. Nie muszę żebrać. Tego bym zresztą nie chciał robić. Mimo, że to, co robi jest nielegalne, to Straż Miejska nie sprawia mu kłopotów. Kiedy mówię mu, że w moim mieście za sprzedawanie na ulicy bez zezwolenia chociażby natki pietruszki można zostać ukaranym, mój rozmówca zaczyna się śmiać. Zaraz dodaje: Smutne.
Dla Józefa handel pod chmurką jest zupełnie czymś innym. Wspólnie z żoną prowadzą gospodarstwo. Sprzedaż oscypków na rogu Szewskiej jest dla nich metodą wsparcia rodzinnego budżetu. Ich dwójka dzieci studiuje, a z roli Józef nie pokryłby wszystkich wydatków z tym związanych. Widać dobrze, że odnajduje się w handlu. Zaczął być rozmowny dopiero, gdy obiecałem mu, że kupię kawałem góralskiego sera. Kupiecka żyłka. Jego działalność gospodarcza jest zupełnie legalna. Postarał się o stosowne pozwolenia.
Nie wszyscy jednak wybierają taką drogę. Chociażby mężczyzna handlujący pamiątkami ze stolika turystycznego pod Smoczą Jamą. Utarczki ze Strażą Miejską są dla niego codziennością. Pociesza się faktem, że od pewnego czasu policjanci dali mu spokój. Oczywiście wolałby swój kramik wystawić legalnie, ale dla zasady odmawia płacenia podatków. Sam nic nie daje, ale ze swej strony nie oczekuje żadnej pomocy. Zresztą i tak mu ona nie przysługuje. Chce po prostu by państwo nie interesowało się w jaki sposób zarabia.
Oczywiście takie zachowanie może być uznane - i zapewne przez wielu jest - za aspołeczne. Podobnie jednak można określić próby uczynienia kogoś szczęśliwszym na siłę.
Jakie zatem wnioski nasuwają mi się po moim spacerze krakowskimi uliczkami? Cała ingerencja władz w opisywane procesy powinna ograniczać się do pozostawienia w spokoju tych, którzy potrafią sami o siebie zadbać.
Całość na upr.pl

