Marcin Chmielowski: Szanuj bliźniego swego
Kategoria: Opinie
środa, 21. listopada 2007
Sobota, dziesiąty listopada. Telefon. Dzwoni Radek Franczak z krakowskiego UPR-u. Mogą cię nie wpuścić. Jest dużo policji. Ale spróbuj. Może wejdziesz.
Spróbuję. Jestem prawie na miejscu. Faktycznie, pod klubem Re dużo policji, szesnaście radiowozów. Spisują członków Młodzieży Wszechpolskiej, NOP-u, ONR-u. Oni są najbardziej widoczni. Ale nie tylko oni mają problem. Mundurowi podchodzą niemalże do wszystkich, rewidują, zbierają dane. Jeden z nich kręci film komunijny.
W zbiegowisku stoją też bardziej pokojowi młodzi z UPR-u i stowarzyszenia KoLiber. Pomimo nie bycia z wyglądu podobnymi do członków frakcji nacjonalistycznych także są nagabywani przez grupę interwencyjną. Jest też wielu niezrzeszonych. Tak jak ja. Wszedłem do środka, korzystając z zamieszania. Widać kordon nie był aż tak szczelny. Albo ja wyglądam tak niegroźnie.
Policję wezwali organizatorzy. Zaniepokoił ich apel umieszczony przez Radka Franczaka na portalu www.kapitalizm.org. Napisał on, że razem z kolegami postanowiliśmy zakłócić to wzajemne spijanie sobie z (czerwonych) dzióbków. Zieloni 2004 odebrali to jako nawoływanie do ataku.
Chodziło o dyskusję. Chciałem w ten sposób poinformować internautów o spotkaniu. Informację o nim umieściłem na portalu wolnorynkowym - tam nie wchodzą żadni faszyści. Może i apel był za ostry, ale nie żałuję go - tak sprawę widzi Franczak.
Klub Re to jedna z najjaśniejszych czerwonych gwiazd w krakowskiej konstelacji miejsc dla lewicowców. Prawda. Ale to widać nie od razu. Skrajnego lewaka od skrajnego nacjonalisty trudno odróżnić. No chyba że po sznurówkach - białych lub czerwonych i emblematach - zamiast swastyki fizis Towarzysza Che. Ale to jedyne różnice. Chęć do porozumienia się ze stroną przeciwną i przygotowanie retoryczno-merytoryczne: z reguły tożsame, choć oczywiście są wyjątki.
Debata miała być otwarta. Weszli przedstawiciele tylko jednego rodzaju zafiksowania w ideologii. Tolerancja dla wybranych. Może dyskusja będzie jednak ciekawa, goście otwarci, może niezależni uratują wieczór? Zaczynamy. Spotkanie prowadzą dziewczyna i młodzieniec z partii Zieloni 2004, frakcja Ostra zieleń. Zaproszone gościnie (tak były przedstawione, Orwell by się uśmiał) to socjolożka - doktorka Beata Kowalska, filozofka - doktorka, Ewa Majewska i działaczka z Towarzystwa Interwencji Kryzysowej, Anna Lipowska-Teutch. Temat: Faszyzm - echa przeszłości.
Dowiedzieć się czegoś z wynurzeń pań prelegentek (a co tam, będę wrednym staromyślakiem, i nie napiszę o nich gościnie) jest raczej ciężko. Jest to bardziej fetyszyzowanie i odmienianie przez wszystkie przypadki słów: tolerancja, polski zaścianek, nacjonalizm po polsku. Pani Kowalska wyznaje, że jako kobieta nie ma ojczyzny. Cokolwiek to znaczy. Działaczka się popłakała. Przypomniała sobie, że jej matka, w wyniku traumy, zwariowała w trakcie wojny. To straszne, ale wojna chyba nikomu w pamięci nie zostawia wspomnień innych niż przerażające.
Zaczynamy dyskusję. Pierwszy zgłasza się i dostaje głos rudy chłopak w czarnym swetrze. Zauważa, że filozofka-doktorka popełniła duże nadużycie przyrównując Romana Giertycha do gestapo. Istotnie, taka teza z ust młodej inteligentki chwilę wcześniej padła. Czarny sweter słyszy od filozofki, że powinien się zachowywać, że Kraków to miasto inteligenckie, i że nie powinien tak mówić, zwłaszcza wtedy, kiedy ta pani (działaczka) płacze.
Pytanie zadaję ja. Zauważam, że oral history (metoda badawcza, którą stosuje socjolożka-doktorka), jest wysoce wadliwa. Mówię dlaczego. Rozbija dyskurs historyczny na niezliczone pojedyncze relacje i owoce jego stosowania są metodologicznie nie do zweryfikowania.
Usłyszałem, że nie słuchałem jej dokładnie. I że nie powinienem dyskutować, bo ona się lepiej na tym zna. Teraz zgłasza się kolega, polityczne sympatie: konserwatywno-liberalne. Zauważa liczne błędy merytoryczne w wypowiedziach pań społecznie zaangażowanych na rzecz tolerancji. Został w rewanżu dotknięty anatemą nacjonalisty i antysemity. Dowiedział się też, że mówi mową nienawiści. Takie epitety nie robią na mnie wrażenia. Szkoda, że paniom zabrakło argumentów i potraktowały mnie tylko klątwami - mówi po spotkaniu.
Po drodze były jeszcze inne głosy, ale że zadawali je ludzie z czerwonymi sznurówkami, nie były one przyrównywane do endeckiego ciemnogrodu. Koniec konferencji. Wychodzę bardziej tolerancyjny i dozbrojony w potęgę wiedzy. I tak byłem szczęściarzem, że ktoś raczył mnie zrugać.
Marcin Chmielowski
Komentarzy: 5
- Adam Danek środa, 21. listopada 2007
Skrajnego lewaka od skrajnego nacjonalisty odróżnić bardzo prosto. U drugiego z nich na pewno nie ujrzysz ani swastyki, ani portretu podrzędnego komunistycznego łotrzyka. Niemiło mi konstatować, że sojusznik ulega kłamliwym, gazetowym (gazetowo-wyborczym) opiniom... Pozdrawiam. Skrajny nacjonalista.
- Marcin Chmielowski środa, 21. listopada 2007
Spotykałem już na swojej drodze jegomości nazywajacych się "skrajnymi nacjonalistami" którzy od symbolu swastyki nie stronili. To,czy nimi faktycznie są, czy też nie,to już zagadnienie zupełnie inne. Na szczęście, z tymi ludźmi nigdy nie mogłem się zgodzić. Z prawdziwymi narodowcami też nie. Nie uważam, że bliski jest mi polski bezdomny, a uczciwie pracujący w Polsce obcokrajowiec płacący podatki (bardzo wysokie zresztą) już nie. Patriotyzm i zdrowo rozumiany nacjonalizm są mi jak najbardziej bliskie, ale nie mam zamiaru spędzić życia będąc tylko elementem narodowego kolektywu. Nazywa się to "cnotą egoizmu". A opiniom Gazety Wyborczej i zbliżonych jej mediów nie ulegam, wynurzeń "michników" nie czytam, nie oglądam, nie słucham. Z całym szacunkiem, ale anatema zupełnie chybiona. Również pozdrawiam.
- Lobo środa, 21. listopada 2007
Nacjonalizm, podobnie jak socjalizm opiera sie na pewnych dziwacznych zalozeniach. W przypadku socjalizmu, imho wiekszosc czytelnikow tego portalu potrafi kilka przykladow takich zalozen podac. W przypadku nacjonalizmu, no coz, jesli to jaki jestem jest zdeterminowane przez to jakie obywatelstwo, tudziez jaki poziom "patriotyzmu" mieli moi rodzici, tudziez jaka krew we mnie plynie... Albo ze mam czuc jakas wiez z innym czlowiekiem tylko dlatego, ze mowi takim samym jezykiem jak ja (albo ma takie same obywatelstwo, slowianska krew etc.). Albo kultywowanie odrebnosci kulturowych. Odrebnosc moze byc wartoscia, ale nie musi.
- bernadotte środa, 21. listopada 2007
Ciekaw jestem co szkodzi bardziej srodowisku- rozwój czy jego wstrzymywanie poprzez prawo patentowe i inne nie majace logicznego uzasadnienia instytucje prawne. Trabanty bardziej niszczyly srodowisko niż nowoczesne samochody.
- Adam Danek środa, 21. listopada 2007
Ad.1. To znaczy, że spotykałeś hochsztapplerów. Ja notorycznie spotykam osobników mieniących się "prawicowcami", a popierających demoliberalizm, pedalstwo, antyklerykalizm, poprawność polityczną, państwo opiekuńcze etc. To z bezdomnym to też nie argument - np. żadnemu zapewne narodowcowi nie są bliskie setki tysięcy jego rodaków, które zagłosowały za anschlussem do Unii Pejskiej. A naród jako kolektyw ujmowały tylko dziewiętnastowieczne nacjonalizmy demokratyczne i ich totalitarni sukcesorzy w XX wieku. Natomiast każdy porządny, łaciński nacjonalizm ujmuje naród jako organizm, w którym indywidualności się nie rozpuszczają, tylko tworzą ład z innymi. Pozdrawiam. Ad.3. Kryterium przynależności narodowej to nie krew-biologia (w większości narodów - najróżniejsza), ani tym bardziej obywatelstwo (każdy może je dostać, bez względu na narodowość), lecz właśnie kultura - kluczowe dla danej społeczności symbole i ich rozumienie. Kiedy kultura przestaje odróżniać samą siebie od innych kultur i olewa różnice między ich symbolami a własnymi, przestaje istnieć. Kultura to właśnie odrębność. Kiedy zaczyna się niwelować odrębności, kultura umiera. Prof. Koneczny, prof. Voegelin i prof. Toynbee napisali o tym mnóstwo książek.
