Mateusz Machaj: O własności intelektualnej

Kategoria: Opinie

sobota, 10. marca 2007

Za sprawą niedawnej serii artykułów autorstwa Tomasza Teluka rozpętała się dyskusja na temat tak zwanej własności intelektualnej. Początkowo w “Najwyższym Czasie”, następnie w Internecie, a w końcu w ostatnim numerze “Opcji” pojawiały się jego teksty w obronie własności intelektualnej.

Ponieważ sprawa jest kluczowa dla organizacji całego systemu gospodarczego, postanowiłem przedstawić austro-libertariańską analizę “własności intelektualnej”.

Na początku jeszcze pragnę zaznaczyć różnicę między obroną patentów (oraz praw autorskich) od strony etycznej a prześledzeniem ich konsekwencji ekonomicznych dla organizacji społecznej. Najpierw zajmiemy się ogólną teorią własności, następnie samą własnością intelektualną, a potem przedstawimy opisowo, jakie są konsekwencje ekonomiczne i społeczne systemu własności intelektualnej oraz spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego sprzeczne samo w sobie sformułowanie, jakim jest “własność intelektualna”, otacza się dziś taką rewerencją.

Utylitarna obrona systemu
Każdy system społeczno-gospodarczy wymaga jakiejś obrony od stron etycznej, tj. za pomocą odwołania się do jakiejś koncepcji “sprawiedliwości”. Niektórzy próbują uzasadniać, przykładowo, patenty za pomocą odwołania się do analizy zysków i strat. Taka analiza jest jednak całkowicie błędna (podobnie jak błędny jest atak na patenty od strony zysków i strat). Wynika to z prostego faktu, że zyski i straty dotyczą zawsze poszczególnych jednostek, nigdy społeczeństw jako całości. Nie ma takiej wielkości jak “agregatowe zyski” czy też “zyski dla społeczeństwa”. Są tylko wybrane zyski poszczególnych jednostek. Dlatego też mówienie, że patenty są “zyskowne” bądź też niezyskowne dla społeczeństwa, wynika z niezrozumienia podstawowej natury ekonomicznej koncepcji zysku.
Przykładowo przeanalizujmy przypadek wprowadzenia podatku na rzecz jakiejś stoczni. Zysk w tym przypadku będzie dotyczył grupy osób, które zyskują na produkcji stoczni. Niewątpliwie w ich przypadku dobrobyt się zwiększy. Jednakże po drugiej stronie pojawią się koszty osób, które będą musiały sfinansować dodatkowy podatek. W tym przypadku koszt będzie subiektywny i będzie dotyczył ich własności. Jednakże, jako teoretycy, nie mamy żadnego aparatu, który miałby nam ustalić jakiś interpersonalny bilans zysków i strat. Ponieważ zyski i straty dotyczą innych osób, nie jesteśmy w stanie ich w żaden obiektywny sposób porównać. Jedyne, co możemy stwierdzić, to fakt, że jedna grupa zyskuje, kosztem drugiej grupy.
Analogicznie nie jesteśmy w stanie przeprowadzić analizy patentów na podstawie ekonomicznych konsekwencji ich wprowadzenia. Jeśli wprowadzamy opatentowanie danego produktu, to przynosi to określone konsekwencje dla jakichś grup. Niewątpliwie na patencie zyskują osoby, które go posiadają, a także cały system produkcyjny, który korzysta na możliwości wyłączenia z rynku potencjalnych konkurentów, którym zabrania się stosowania opatentowanej formuły. Z drugiej strony jednak mamy koszty, które ponoszą konsumenci w postaci wyższej ceny, a także konkurencja, której uniemożliwia się produktywne zatrudnienie kapitału w celu rywalizowania przy produkcji. Nie ma jednak żadnego sposobu na to, aby obiektywnie wyważyć koszty z jednej strony, zyski z drugiej i dojść do konkluzji, co jest “społecznie” korzystniejsze. Do tego potrzebna jest analiza etyczna. Albo patent jest do obrony na gruncie praw naturalnych, wtedy prawo do wykluczania konkurentów i podnoszenia ceny jest konsekwencją prawa własności, albo jest nadanym przez państwo przywilejem, który umożliwia monopolizowanie rynku. Nie ma innej możliwości.

Krótki wykład na temat własności
Zanim zaczniemy mówić o “własności intelektualnej”, musimy się zastanowić nad koncepcją własności w ogóle. Co to jest własność, czego własność może dotyczyć, jakie są przyczyny istnienia własności, oraz jakie mogą być konsekwencje władania własnością i podpisywania kontraktów. Nie ma sensu wypowiadać się o nadbudowie danego systemu, jeśli nie zrozumie się najpierw fundamentów stojących u podstaw.
Własność polega na wyłączności, to znaczy na możliwości ekskluzji innych ludzi z obiektu, który podlega prawu własności. Na najbardziej elementarnym poziomie własność dotyczy naszych ciał. Każdy z nas jest właścicielem swojego ciała, co oznacza po prostu, że jesteśmy uprawnieni do tego, aby wykluczać wszystkich innych ludzi z użytku naszego ciała. Każdy, kto łamie tę podstawową zasadę dobrowolności w społeczeństwie, dopuszcza się jednego z największych naruszeń prawa naturalnego – zniewolenia i gwałtu (lub jeszcze gorzej, mordu). Własność zatem ściśle wiąże się z ekskluzją innych ludzi z posiadanego obiektu. Dotyczy to także, przykładowo, pieniędzy, które posiadamy. Jeśli posiadamy jakieś pieniądze, czyli jeśli są obiektem naszej własności, naturalne dla nas jest to, że możemy wykluczać innych ludzi z ich użytku. Jeśli ktoś nie akceptuje naszego prawa do wykluczania innych ludzi z użytku posiadanych przez nas obiektów i próbuje je przejąć w swoje władanie, mówimy, że dopuszcza się kradzieży. Kradzież zatem i morderstwo są elementami rodziny tych samych wykroczeń – łamania prawa własności.
Z koncepcją ekskluzji wiąże się koncepcja odwrotna – czyli koncepcja kontraktu. Tak jak możemy wykluczać innych ludzi z użytku naszej własności, analogicznie możemy zezwalać ludziom na użytkowanie naszej własności (siłą rzeczy jest to implikacja możliwości wyboru). Może to być zezwolenie zupełne, tj. w takiej postaci, że nie oczekujemy czegoś w zamian za zaoferowanie naszego użytkowania, lub też, i tak też zazwyczaj jest, może to być zezwolenie warunkowe. Oznacza to w takim przypadku określony rodzaj kontraktu – to znaczy godzimy się na specyficzne korzystanie z naszego obiektu własności (lub też sami zobowiązujemy się, że tym naszym obiektem będziemy władać w określony sposób) pod warunkiem, że w zamian otrzymamy podobnego typu usługę (czyli jakaś druga osoba udostępni nam własność lub będzie nią władała w określony sposób). Najbardziej powszechny przykład to sytuacja, w której sprzedajemy posiadany przez nas przedmiot w zamian za pieniądze (wyraźnie zaznaczam, że pisząc o własności, mam na myśli jej etyczny aspekt, a nie to co, pojawia się dzisiaj w kodeksach – zajmujemy się prawem naturalnym; do pozytywnego przejdziemy później).
Podsumowując zatem – własność to z jednej strony możliwość wykluczania innych ludzi z użytkowania naszego obiektu własności, z drugiej zaś strony jest to możliwość włączania się w dobrowolne relacje z innymi ludźmi. Obydwie rzeczy są po prostu określonym sposobem korzystania ze swojego prawa własności.
Teraz, kiedy rozumiemy już naturę własności, możemy postawić pytanie, dlaczego własność w ogóle istnieje. Z własnością nieuchronnie wiąże się możliwość konfliktu. Niektóre ignoranckie bądź utopijne ruchy identyfikują przyczynę wszelkich konfliktów właśnie w istnieniu własności. Ponieważ większości ludzi nieobca jest chęć wyeliminowania, bądź też jak największej minimalizacji, konfliktów, socjaliści opowiadają się za takim systemem, który konflikty zlikwiduje. A ponieważ ich zdaniem własność jest przyczyną istnienia konfliktów, proponują własność znieść.
Jest to jednak odwrócenie łańcuchu przyczynowo-skutkowego. Własność istnieje, ponieważ potencjalnie w świecie występuje możliwość pojawienia się konfliktów. Konflikt dotyczy sytuacji, kiedy cele dwóch różnych jednostek ze sobą kolidują, tj. kiedy obie jednostki mają różne cele, które wymagają użycia tego samego środka do ich realizacji. Przykładowo, Adam chce się nauczyć grać na fortepianie, a Bartek chce w tym samym czasie fortepian przewieźć do domu swojej narzeczonej. Widzimy, że oba cele ze sobą kolidują i mamy problem ze środkiem, który miałby służyć do ich realizacji, ponieważ tenże środek będzie mógł zostać zatrudniony do realizacji tylko i wyłącznie jednego celu. Widzimy zatem wyraźnie, że problem wynika z rzadkości środka. Gdybyśmy mieli sytuację, w której fortepianów jest nieskończenie wiele, czyli sytuację, w której fortepiany nie są rzadkie, wtedy problem zatrudnienia ich między konkurencyjne cele w ogóle by nie występował. A ponieważ środki są ograniczone, pojawia się problem władania nimi, czyli zatrudnienia ich w jakiś sposób.
Widzimy zatem, że własność zaczyna się od rzadkości. Dobra są rzadkie, toteż stają się obiektami naszego działania przy realizacji celów; stają się przedmiotami naszej własności. Powietrze jest tak powszechnym dobrem, że możemy je uznać za nierzadkie, ponieważ nie pojawia się problem ekonomizacji powietrza. Nie musimy go zatrudniać do realizacji naszych potrzeb, więc nie jest obiektem naszych działań. Problem dopiero zaczyna się, kiedy jakieś dobro jest rzadkie, to znaczy nie może być jednocześnie zatrudnione przez wszystkich. Wtedy pojawia się problematyka własności, sprawiedliwego władania, to znaczy rozstrzygnięcia, kto powinien władać danym dobrem. Tym właśnie zajmuje się teoria własności i etyki – próbą odpowiedzi na pytanie: ponieważ nie możemy fortepianu zatrudnić do wszystkich konkurencyjnych celów, to nadanie prawa do władania (własności) której z osób będzie sprawiedliwe? Kto zgodnie z etyczną teorią powinien być osobą władającą, czyli prawowitym właścicielem?
Wolnorynkowcy uznają, że prawowitym właścicielem rzadkiego zasobu staje się osoba, która jako pierwsza zacznie nim gospodarować, czy też, jak to niefortunnie określił Locke – zmiesza zasób ze swoją pracą. Oprócz tego, oczywiście, ze względu na zasadę uniwersalizacji, uznają, iż każdy ma prawo do władania swoim ciałem. Wąskie ramy tego artykułu nie pozwalają mi na szczegółowe uzasadnienie tego podejścia. Myślę, że zarówno zwolennicy własności intelektualnej, jak również jej przeciwnicy, się ze mną zgodzą przynajmniej w tym punkcie (że system pierwotnego zawłaszczania, broniony przez Locke’a, jest słuszny). Dodać powinniśmy również, że własność powstaje w takim ujęciu w sposób “naturalny”, czyli w wyniku pokojowego działania człowieka, niezależnie od instytucji państwowych. To, czy ktoś jest właścicielem, zależy po prostu od tego, czy jako pierwszy zawłaszczył dany zasób bez naruszania własności innych ludzi.

Posiadanie rzadkiego zasobu a posiadanie wartości zasobu
Przy analizie własności warto podkreślić niezwykle istotną rzecz, którą doskonale ujął w swoich pracach Hans Hermann Hoppe. Obiektem własności może być tylko i wyłącznie rzadki zasób, a nie wartościowanie tego zasobu przez innych ludzi. Prosty przykład powinien wyjaśnić tę sprawę. Jeśli jestem właścicielem samochodu, oznacza to po prostu, że mam prawo do niego wsiąść, poruszać się nim po mieście, rozbić w nim szybę, odkurzyć go w środku, umyć itd. Nie mam jednakże prawa do wartości mojego samochodu, gdyż jest ona wynikiem tego, ile przykładowo są gotowi za niego zapłacić inni ludzie. Jeśli miałbym posiadać wartość mego samochodu, to musiałbym wówczas także posiadać innych ludzi (gdyż to ich sądy wartościujące składają się na wartość mojego samochodu), co stoi w ewidentnej sprzeczności z przyjętym wcześniej założeniem, że każdy człowiek jest właścicielem samego siebie. Krótko mówiąc, posiadając samochód, nie posiadam tego, że ludzie chcą ode mnie go kupić za tysiąc złotych. Być może jutro będą chcieli kupić go za dwa tysiące, a być może za dziesięć złotych.
Wyobraźmy sobie np. innego właściciela, który oferuje na rynku dokładnie takie samochody jak mój. Będzie on oczywiście przez samą swoją obecność wpływał na cenę samochodów, na wartościowanie przez konsumentów, a zatem pośrednio również i na mój dobrobyt. Jego decyzja o rozpoczęciu produkcji, pociągnie za sobą presję na spadek cen, a więc także na spadek ceny mojego samochodu. Jednakże nie jest to w żadnym wypadku inwazja na moją własność, ponieważ posiadam tylko samochód, a nie to, jak inni go wartościują. Konkurent, który zaczyna sprzedawać takie samochody jak mój, nie dokonuje ataku na moją własność.

Kontrakty i ich implikacje
Jak już zaznaczyliśmy, własność dotyczy przedmiotów rzadkich, które mogą być rozdzielane między różne cele. Właściciele mogą między sobą zawierać kontrakty. Musimy jednak wyraźnie sprecyzować, co jest kontraktem, a co obiektem własności. Pomocnicze będzie wyróżnienie kilku przypadków. Po pierwsze wyobraźmy sobie, że Adam wymienia jabłko w zamian za gazetę, którą posiada Bartek. Widzimy na tym prostym przykładzie, że Adam i Bartek korzystają ze swoich praw własności, praw do wyłącznego władania posiadanymi przez siebie zasobami. Po transakcji pełne prawo własności zostaje przekazane w zamian za inne prawo własności. Adam był właścicielem jabłka, a teraz jest właścicielem gazety. Bartek na odwrót.
Przykład ten jest dosyć prosty, ponieważ dotyczy przedmiotów, które zostają zbyte całkowicie. Zmieńmy trochę nasz przykład i zmodyfikujmy tylko do przypadku częściowego zbycia własności. Powiedzmy, że Adam daje Bartkowi jabłko, ale w zamian za to, że będzie mógł przejechać się jego rowerem. W tej sytuacji następuje przekazanie pełnego tytułu własności (jabłko), ale w zamian za możliwość użytkowania innego przedmiotu w dany sposób. Rower jest tutaj tylko częściowo zbywany na określony termin. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że rower jest nadal własnością Bartka, ale zgodnie z umową (pochodna praw własności) został użyczony do użytkowania Adamowi.
Pamiętamy zatem cały czas o problemie rzadkości i użytkowania rzadkich przedmiotów, które są obiektem własności. Dlaczego mówię o tak oczywistej z pozoru rzeczy? Dlatego, że przy okazji takich właśnie kontraktów pojawiają się nieraz nonsensowne sformułowania typu “Adam staje się właściciele jeżdżenia rowerem przez dany czas”. Tymczasem, jak widać z naszej prostej analizy, posiadać można rzadkie zasoby, którymi się w określony sposób gospodaruje, przeznaczając do zaspokojenia konkurencyjnych celów. Jeżdżenie to tylko pewna czynność wykonywana przez Adama.
Przejdźmy teraz do jeszcze innej sytuacji, w której przedmioty własności nie są zbywane, a nawet nie mogą zostać w ogóle zbyte – czyli do przypadku wykonywania pracy. Ciało człowieka jest elementem niealienowalnym (może poza możliwością sprzedawania organów), co oznacza, że nie możemy w pełni zbyć prawa własności do swojego ciała. Ostatecznie my, nasz mózg, władamy naszym ciałem. Jeśli zatem Bartek podpisuje umowę, że zatańczy przed Adamem w zamian za jabłko, to prawo własności do ciała Bartka nie zostaje przekazane. Jabłko, owszem, zmienia właściciela w tym przypadku, ale Bartek nadal pozostaje właścicielem swojego ciała przy jednoczesnym zobowiązaniu, że w zamian za jabłko zatańczy przez Adamem.
Widzimy wobec tego, że jest to kontrakt – prawo własności w zamian za specyficzne wykorzystanie praw własności do ciała. Niektórzy używają tutaj nonsensownych stwierdzeń na temat tego, że Bartek “jest właścicielem swojej pracy”. Z powyższego wywodu jasne jest, że nie można być właścicielem swojej pracy. Można być właścicielem swojego ciała, jakichś rzadkich przedmiotów lub też owoców swojej pracy. Jednakże właścicielem samej “pracy” być nie można, ponieważ ta jest tylko określoną czynnością, wynikającą ze skorzystania z prawa własności do ciała. Można być właścicielem klimatyzatora, ale nazywanie siebie właścicielem “klimatyzowania” pomieszczenia, to czysty nonsens. Władanie dotyczy rzadkich przedmiotów.
Jeśli chodzi o zawieranie kontraktów, zaznaczmy jeszcze jedną niezwykle istotną rzecz. Kontrakty są umowami, w których dwie strony zobowiązują się do wykonania określonych czynności. Należy jednak wyraźnie dodać, że umowa jest (z etycznego punktu widzenia) ważna tylko, jeśli obie przystępujące do niej strony podpisują kontrakty dotyczące swojej własności. Adam i Bartek mogą podpisywać umowy, jakie tylko chcą, jeśli dotyczy to ich ciał, jabłek, gazet czy też samochodów. Wtedy mówimy, że umowa jest efektem korzystania z praw własności. Kiedy jednak Adam i Bartek zaczną podpisywać “umowy” dotyczące własności innych ludzi bez ich zgody, wtedy mówimy, że kontrakt taki jest w istocie zamachem na własność innych ludzi i nie może być zgodnie z prawem egzekwowany.
Przykładowo, załóżmy, że Adam i Bartek podpiszą umowę, zgodnie z którą zorganizują imprezę w domu Cyryla. Jeśli zrobią to bez zgody Cyryla, to ten, oczywiście, będzie mógł bez żadnego etycznego problemu ich z domu wyrzucić (chociaż może to dla niego stanowić problem techniczny). Jeśli będą próbowali się bronić, pokazując swój “kontrakt”, to oczywiście jest on kompletnie nieistotny, ponieważ nie dotyczy ich własności. Stąd nasz prosty wniosek: kontrakty zawierane między jakimś osobami nie mogą przenosić zobowiązań na strony trzecie i na ich własność.
Adam może podpisać umowę z Bartkiem, zgodnie z którą ten ostatni w zamian za pieniądze zobowiązuje się nie mówić nikomu, że Adam ćwiczy balet. Jest to jakaś forma umowy. Następuje wymiana tytułu własności do pieniędzy w zamian za zobowiązanie, że Bartek skorzysta ze swojego tytułu własności do ciała w określony sposób – to znaczy nie będzie opowiadał innym ludziom o tym, że Adam ćwiczy balet. Naturalne jest, że jeśli Bartek zacznie innym ludziom o tym opowiadać, to złamie swoje zobowiązanie, a więc Adam będzie miał prawo do przewidzianych w umowie świadczeń odszkodowawczych z tytułu niewypełnienia kontraktu. Nie ma on jednak absolutnie żadnego roszczenia do wszystkich innych osób, które się o tym dowiedzą, ponieważ nie były one stroną umowy. Umowa między stronami może dotyczyć tylko ich własności, a ponieważ pozostałe osoby umowy nie podpisywały, nie mogą odpowiadać za jakiekolwiek konsekwencje, które powstaną na skutek złamania umowy przez którąś ze stron.
Zaznaczmy także tutaj coś, co jest nazywane przez Hoppego “werbalną produkcją własności”, czyli sytuacją, gdy ktoś po prostu ogłasza się właścicielem jakiegoś zasobu (przykładowo państwo stwierdza, że posiada 50% zasobów społeczeństwa). Widzimy wyraźnie, że takie stanowisko jest całkowicie niekompatybilne z obiektywną wizją prawa własności. Werbalnie każdy mógłby się ogłosić właścicielem czegokolwiek, co de facto skutkowałoby mnóstwem konfliktów (co w dodatku jest absurdem, ponieważ nie można werbalnie ogłosić się właścicielem zasobu, dopóki nie uznamy już prawa własności do ciał). Dlatego własność od strony etycznej występuje tylko w przypadku pierwotnego zawłaszczenia rzadkiego zasobu albo w przypadku nabycia go w zamian w jakimś kontrakcie już ze wcześniejszym prawowitym właścicielem. Jeśli wobec tego Adam i Bartek decydują w swojej “umowie” bez zgody Cyryla na temat jego własności, to de facto arbitralnie ogłaszają się właścicielami (lub częściowymi współwłaścicielami) jego własności. Takie działanie naturalnie nie sprzyja powiększaniu dobrobytu społeczeństwa, a prowadzi jedynie do redystrybucji bogactwa od jednej grupy ludzi (producentów) do rąk osób, które owe bogactwo otrzymują za pomocą dekretu, deklaracji, czyli generalizując: “werbalnej produkcji tytułu własności”.

całość na stronie: Opcji na Prawo


Komentarzy: 4

  1. Liberator sobota, 10. marca 2007

    kolejny infoanarchista=marksista

  2. Igor Belczewski sobota, 10. marca 2007

    A może jakieś argumenty na poparcie swojej błyskotliwej tezy?

  3. nik sobota, 10. marca 2007

    Czyż to nie jest streszczenie tego, co pisał Kinella? Pytam, bo nie wiem czy jest sens czytać drugi raz to samo...

  4. Frajer sobota, 10. marca 2007

    czyzby pan liberator bronil swego monopolu pantentowego? :> oj, nieladnie.. zla metoda.. isci markistowska

Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze