Natalia Dueholm: Kobiety ciemnogrodu

Kategoria: Opinie

środa, 28. czerwca 2006

Jestem (chcę być) odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, dla którego wolność stanowi wartość. Mam dzieci. Czy potrafię o nie dbać bez pomocy państwa? Czy chciałbym je wychowywać bez struktur państwowych? Jak bardzo jest to możliwe w naszym kraju?

Pytania te chyba warto sobie zadać, jeśli sprawy wolności i odpowiedzialności traktujemy poważnie. Na pierwsze z nich wielu z nas ochoczo odpowie: “Tak!”. Na drugie - po dłuższym zastanowieniu: “No, może niezupełnie”. I w końcu dla uspokojenia sumienia na trzecie padnie taka oto odpowiedź: “To niemożliwe”. Zastanówmy się, ile w tym jest prawdy. Na dobrą sprawę dzieci rodzą się w przytłaczającej większości przypadków w szpitalach publicznych. Może się zdawać, że w tej kwestii nie ma specjalnie konkretnej alternatywy, są jednak rodziny, które z własnego wyboru doświadczają przyjścia na świat własnych dzieci w domu. Czy nie jest to dla nas niebezpieczna ekstrawagancja, czy może nawet szaleństwo? Szanujemy wybór takich ludzi, a może przychylamy się do penalizacji ich czynu?

Przyjście dziecka na świat w szpitalu powoduje całą lawinę zdarzeń, którym rodzice poddają się bez większego nawet zastanowienia. Dziecko w pierwszej dobie życia może zostać nakarmione pokarmem sztucznym bez wiedzy matki, zaszczepione bez zapytania rodziców ani bez poinformowania ich o ryzyku szczepienia. Można inaczej? Oczywiście, w USA najmniejsze decyzje zdrowotne są konsultowane z rodzicami - rodzice mają prawo wiedzieć, podejmować własne decyzje i przyjmować ich konsekwencje (przed porodem omawia się np. kwestię obrzezania i szczepień). Czy polskich katolików interesuje fakt, że wiele z dostępnych na polskim rynku szczepień zostało wyprodukowanych przy użyciu płodów po aborcji? Czy interesuje nas dokument watykański “Moral Reflections on Vaccines Prepared From Stem Cells Derived From Aborted Human Fetuses” wydany w tej sprawie, czy wolimy nie kłopotać się takimi drobiazgami? Ilu z nas chce podjąć świadomy wybór i ponieść ryzyko po konsultacji z lekarzem i zaznajomieniu się z “za” i “przeciw” wszelakim szczepieniom? A może pasuje nam, że wszystko dzieje się bez naszej ingerencji?

Ze szpitala dziecko wyjdzie z karteczką, gdzie i kiedy ojciec ma je zarejestrować w USC. Czy potem z uciechą czy z niesmakiem odbierzemy przydzielone nam na nie “becikowe”? Nasze dziecko już jest w systemie. Pobędzie trochę w domu, na tyle, na ile mamuchna-władzuchna pozwoli, a potem marsz do przymusowej, masowej socjalizacji najmłodszych. Taka socjalizacja jest oficjalnie oczywiście bardzo korzystna, chociaż z licznych artykułów prasowych dowiadujemy się zgoła czegoś innego. Co tam - nikt przecież nie nazywa tego wprost efektami grupowania w salki na długie godziny dziesiątek dzieci. To znaczy podoba nam się obniżanie dolnego wieku przymusu szkolnego, oddychamy z ulgą, że ktoś się wreszcie dzieciakiem zajmie? Czy wspierając ochoczo przymus przedszkolny, który tłumaczymy dziecięcą potrzebą przebywania z rówieśnikami, tak samo silnie wesprzemy przymusową socjalizację starczą i po osiągnięciu odpowiedniego wieku (wybranego przez władzę) udamy się do domu starców? A niech się staruszkowie pobawią ze staruszkami… Któż lepiej zrozumie starowinkę niż inna starowinka? Ilu z nas myśli, że państwo nie ma ani żadnego prawa, ani obowiązku zajmować się dziećmi (i rodzicami) swoich obywateli? Ilu zdaje sobie sprawę, że nie ma żadnego powodu, dla którego można by usprawiedliwić taką politykę, tworząc niesłychanie drogie (oficjalnie darmowe), nieprzyjazne dziecku przechowalnie maluszków? Czy tak nisko cenimy sobie własne dzieci, że wysyłamy je do “darmowych” instytucji, aby ktoś inny się nimi zajął? Jesteśmy sobie w stanie wyobrazić realizację domniemanego pomysłu LPR (kaczka dziennikarska?) dotyczącego zamknięcia wszystkich przedszkoli? O matko, cóż wtedy zrobilibyśmy z dzieciakami? Trzeba by babcię poprosić, a może zacząć rozmawiać z sąsiadami, dzwonić po koleżankach albo zapytać księdza, czy na plebanii przedszkola by nie otworzył? Takie straszne? Wszystko to jest możliwe i wcale nie takie trudne do zorganizowania, ale wolimy rozwiązania łatwe. Tak naprawdę nie martwią nas pomysły szkolnej edukacji seksualnej w pierwszych klasach szkoły podstawowej, bo uwolni nas to od niewygodnych rozmów, a może nawet od wstydliwego czerwienienia się. Narzekamy na system edukacji publicznej, zrzędzimy, że nauczyciel głupi i że w szkole uczą złych rzeczy - a wyobraźmy sobie, że dyrektor mówi nam: Jeśli się Panu/Pani nie podoba, to proszę dziecko uczyć samemu albo przenieść do innej szkoły (publicznej lub prywatnej). Konsternacja, panika czy szansa na edukację według własnych wyobrażeń? Decydujemy się na ciułanie na czesne? A cóż my właściwie robimy w celu złamania monopolu szkolnictwa publicznego i prawdziwego wyboru w edukacji? Może omijając szerokim łukiem biblioteki publiczne, muzea i teatry, manifestujemy w ten sposób swoją niechęć do edukacyjnych instytucji publicznych? Wolność oczywiście kosztuje - ale niekoniecznie masę pieniędzy. W dzisiejszych czasach wymaga dokonania niemałych poświęceń i trudnych indywidualnych wyborów. A my lubimy mówić, pisać, czytać o wolności. Będziemy walczyć o wolność słowa, prawo do niezapinania pasów, palenia w restauracjach i takie tam inne. Może i nawet pokażemy się na marszu dla kapitalizmu, podpiszemy petycję za karą śmierci. To wszystko zupełnie inny poziom wolności - nie wymaga przewrócenia życia do góry nogami i odczuwalnych poświęceń. Taka to wolność na pół gwizdka, manifestowana od czasu do czasu. Jeśli chodzi o wolność rodziców, prawo do budowania rodzinnego szczęścia według własnego nieszkodliwego wyobrażenia, prawo do życia naturalnego, z dziada pradziada, to nawet najtwardszych konserwatystów jakoś to nie zachwyca. Możemy ewentualnie podyskutować, ale najlepiej na zasadzie - jak bardzo to jest niemożliwe. Czy nasze dzieci muszą być chore albo kalekie, abyśmy dali im z siebie wszystko? Jesteśmy niewolnikami państwowej opieki i tak nas to urządza, że nikomu nie chce się podnosić żadnych protestów ani manifestować własnych praw. A kiedy już będziemy starzy, nasze dzieci zajęte zarabianiem pieniędzy (może nawet pomogliśmy im dostać się na spokojne państwowe posadki) i nauczone od nas, że lepiej zajmą się nami specjaliści w instytucjach publicznych, wywalą nas z domu do domów starców. Będziemy tam mieli czas, aby pomarzyć o wolności i odpowiedzialności.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika “idź POD PRĄD”


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze