Patryk Pogoda: Schopenhauer i dzisiejsza kultura

Kategoria: Opinie

niedziela, 10. sierpnia 2008

Moda jest jak morze. Z przypływem powraca to co już dobrze znane, czasem z większą czasem z mniejszą siłą ale w swej istocie to, to samo co już było. W naszych czasach niezwykle popularny (znów) stał się Nietzsche. Za nim, jak za zarazą, ciągną inne tragedie, takie jak Freud czy wspomniany w tytule Schopenhauer.

Nim właśnie chciałbym się tu zająć bo mimo, że nie zyskał jeszcze takiej popularności jak dwaj pozostali przeze mnie wspomniani myśliciele to jest pewna, dość duża, grupa ludzi silnie w niego wpatrzona.

Nic w tym dziwnego, z dzieł jego emanuje tajemniczość, przeświadczenie o głoszeniu prawdy najbardziej fundamentalnej. To przyciąga, człowiek stający naprzeciw tajemnicy (i co bardzo ważne z uzasadnioną nadzieją uzyskania odpowiedzi) zagłębia się i zatraca w niej.

Jak wpływ może mieć myśl Arthura Schopenhauera na współczesnych ludzi? Czy w dobie pluralizmu kulturowego i zglobalizowania życia i myślenia, jeden światopogląd, jedna ideologia więcej może mieć jaki kol wiek wpływ? Na te pytania postaram się odpowiedzieć.

Trzeba zacząć od tego co najważniejsze, czyli od metafizyki. Wpływ Kanta początkowo bardzo silny u Schopenhauera z czasem słabnie ale nie znaczy to, że rezygnuje on z pytań i problemów postawionych przez profesora z Królewca, tylko, że zaczyna inaczej odpowiadać na postawione rzez niego pytania. Autor „Świata jako woli i wyobrażenia” nie rezygnuje nigdy z podziału na rzecz samą w sobie i zjawisko. Jak zatem wygląda świat widziany oczyma Schopenhauera? Cały dostępny naszemu zmysłowemu poznaniu świat jest jedynie wyobrażeniem. Ułudą którą trzeba zrzucić by odkryć to co leży u samego fundamentu – co jest fundamentalnie prawdziwe. Wola indywidualna pomaga przezwyciężyć przepaść między zjawiskiem a rzeczą samą w sobie – i dlatego zostaje podniesiona do rangi podstawy rzeczywistości.

„Wola” zatem jest tym co pierwotne. Jest to samo ustanawiający się pęd. Dla europejczyków dynamiczny logos nie jest niczym nowym, wystarczy wspomnieć Heraklita. „Wola” Schopenhauera jako zasada rzeczywistości – więcej, jako prawdziwa rzeczywistość – uprzedmiatawia się w wyobrażeniu. Sama „wola” pozbawiona jest wszelkich określeń, określa się dopiero przez nabycie celu. Jasnym jest, że „wola” musi się określić gdyż musi dążyć – inaczej nie była by wolą.

Ta krótka i bardzo ogólna prezentacja metafizyki Schopenhauera była potrzebna do zaprezentowania jego poglądów etycznych. Jako człowiek jestem tylko określoną, indywidualną „wolą”, częścią świata przedmiotowego który jest tylko „wyobrażeniem”. „Wola” nie może znaleźć zaspokojenie w niczym gdyż de facto istnieje tylko ona – także „na dnie” człowieka. To ona, a właściwie nie jej niemożność w zaspokojeniu się jest przyczyną ciągłego cierpienia wszystkich ludzi. Schopenhauer daje jednak pewną nadziej na ulgę.

Drogi są trzy. Pierwsza to kontemplacja sztuki – w chwilowym zachwycie nad pięknem znajdujemy ukojenie. Druga to litość – tu znajdujemy ukojenie dłuższe, gdyż po odkryciu prawdziwej natury świata wiemy, że cierpienia innych ludzi są tak naprawdę naszymi cierpieniami (wszak obaj jesteśmy przejawami tej samej „woli”). Trzecia to samobójstwo – nie jest to wyjście cokolwiek dające jest jedynie ucieczką od własnego cierpienia gdyż „wola” istnieje dalej. Schopenhauer właściwie wyznaje prywatywną koncepcje dobra. Dobro jako takie nie istnieje, istnieje tylko jako brak zła.

Ta bardzo pesymistyczna filozofia przebrzmiewa w naszych czasach głównie za pośrednictwem jej freudowskiej interpretacji. U Freuda wyraźnie widać jak popęd staje się zasadą istnienia człowieka czy funkcjonowania kultury.

Oczywiście freudyści nie są jedynymi spadkobiercami schopenhaueryzmu (choć na pewno najbardziej znaczącymi). Zawsze gdy pojawia się wynaturzana apoteoza siły (Nietzsche) jak cień podąża za nią równie wynaturzone uwielbienie słabości. Jak słusznie w swym artykule pt. „Acedia ósmy grzech główny” (Fronda nr 42) zauważa ks. Stanisław Łucarz SJ, że żyjemy w czasach upadku dycha w pesymizm. Za Ewargiuszem z Pontu przytacza on definicje acedii: „Acedia jest umiłowaniem sposobu życia demonów”. Jest to stan pustki duchowej, zawieszenia w zupełnym bezruchu oczekując na śmierć.

Acedia czasem tłumaczona jest jako lenistwo ale nie jest to do końca prawda. Jest to zorientowanie się, że jest się w pustce (na skutek opuszczenia Boga) połączone z brakiem sił na wydobycie się z niej. Ludzi takich w XIX wieku nazywano filistrami, mówiono o kulturze mieszczańskiej a Nietzsche nie mogąc patrzeć na tą dekadencje krzyczał o „chorobie woli mocy”.

Od XIX wieku niewiele się zmieniło. Dziś także afirmuje się postawy autodestruktywne (wystarczy spojrzeć jak uwielbianym jest motyw samobójstwa w sztuce) a także pasywno – pesymistyczne. Ks. Łucarz pisze prawdę w momencie gdy stwierdza: „Są podstawy by sądzić, że acedia dotyka nie tylko poszczególne osoby, lecz także całe społeczeństwa”. Ujemny przyrost naturalny, degrengolada moralna, apatia – to tylko niektóre symptomy acedii trawiącej „rozwinięte” społeczeństwa Europy. Schopenhauer jako piewca dekadencji staje się natomiast tym co legitymizuje ten stan.

Podaje on (sam czy za pośrednictwem swych następców) obraz świata w którym cierpienia nieszczęśników dotkniętych tym osobliwym stanem znajdują uzasadnienie w samym podłożu rzeczywistości. Cierpienie staje się niejako czymś koniecznym (a przez kulturę to zachwalającą także w jakiś sposób czczonym – tym łatwiej je przyjąć).

Można zadać pytanie: co jest przyczyną tego trawiącego całe społeczeństwa cierpienia? Otóż pragnienie go. W świecie pozbawionym jakichkolwiek elementów sacrum człowiek czuje się zagubiony – uznanie świata za zły (z pomocą już biegnie schopenhauerowska metafizyka) a siebie za jego ofiarę odbiera co prawda szczęcie ale daje coś dużo człowiekowi potrzebniejszego – sens. Nawet jeżeli jest on autodestruktywny.

Rozprawienie się z myślą samego tylko Arthura Schopenhauera nie wystarczy. Trzeba przezwyciężyć jego dziedzictwo i to jawne w rożnych systemach filozoficznych i to ukryte w kondycji duchowej ludzi. Człowiek który popadł w acedię nie jest w stanie tworzyć niczego wartościowego ani naprawdę współczuć w cierpieniu swoim bliźnim. O tym ten filozof zapomniał. Nie zapomniał natomiast o podaniu wystarczającej ilości dróg wyjścia – jedno które zostaje to samounicestwienie. Do tego świat w swej upadłej duchowości podąża i to trzeba powstrzymać.

Wydaje się, że istniej jedna droga która to umożliwia – odbudowa prawdziwej duchowości. Nadającej sens nie tylko pasywnej egzystencji ale i każdemu działaniu. I jak słusznie zauważył w swym artykule p. Adam Danek („Pokusa katolickiego nietzscheanizmu”) „wystarczy wrócić do własnych korzeni” by odkryć, że wszystko co wartościowe w tej myśli odnaleźć już dużo wcześniej u samego siebie. Nie ma zatem potrzeby by przyjmować z tym co wartościowe (jak np. nakaz współczucia) tego co w swej istocie bardzo szkodliwe. Być może uświadomienie sobie tego będzie pierwszym i zarazem najważniejszym krokiem do wyzwolenia spod cienia tego wielkiego pesymisty.

Patryk Pogoda


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze