Piotr Semka: Eurowizjonerzy do domu
Kategoria: Opinie
piątek, 15. czerwca 2007
Demokracja to straszny ustrój. Wyborcy zupełnie się nie liczą z autorytetami. Oto po ostatnich wyborach parlamentarnych w Belgii premier Guy Verhofstadt musi się pożegnać ze stanowiskiem. Jego macierzysta partia - ugrupowanie flamandzkich liberałów - dostała tak mało głosów…
… że jej lider po ośmiu latach premierostwa stracił pozycję króla gier koalicyjnych. Wyborcy potraktowali Verhofstadta surowo. Uznali, że ponosi winę za fatalny stan bezpieczeństwa w kraju i że brak mu pomysłu na to, jak rozwiązać problem imigrantów.
Belgowie zapatrzyli się na sukces Sarkozy’ego i postawili sobie pytanie, dlaczego w ich kraju dyskusja o rosnącej liczbie przybyszy z Maghrebu i Afryki wciąż jest tematem tabu. Zupełnie zlekceważyli fakt, że Verhofstadt od lat jest nadzieją europejskich salonów. W 2004 roku był nawet rywalem Portugalczyka Jose Manuela Barroso do fotela przewodniczącego Komisji Europejskiej. Niedawno zaś ambitny Flamand rzucił (miłą sercom wielu euroentuzjastów) ideę Stanów Zjednoczonych Europy z jednym rządem i jednym prezydentem.
Ze swą ideą “europejskiej republiki” premier Belgii w kwietniu przybył nawet nad Wisłę, gdzie promował swoją książkę. W brukselskim Centrum Sztuk Pięknych roztaczał zaś nowatorskie wizje urbanistyczne Brukseli jako stolicy eurolandu. A tu nagle wyborcy odsyłają wizjonera do domu. Każdy ma prawo do marzeń i ambicji, ale przypadek Verhofstadta dobitnie pokazuje, jak często ostatnimi czasy europejscy politycy zapominają, że ich pozycja zależy od wyborców. Tych zaś od nowych wspaniałych placów i centrów kultury bardziej obchodzi to, by nikt ich na tych placach nie obrabował. W klimacie Brukseli jest coś takiego, że łatwo dostać eurokratycznego zawrotu głowy. Verhofstadtowi nadal to grozi.
Jego fani z unijnych instytucji zapewne znajdą mu jakąś godną funkcję, która wyzwoli go z niemiłej zależności od woli wyborców. Być może usłyszy, że wyborcy nie dorośli do zrozumienia jego świetlanych idei. Z Brukseli dochodzą już głosy sprzeciwiające się wystawianiu nowego traktatu konstytucyjnego na ryzyko kolejnych narodowych referendów. W XIX wieku to arystokraci sarkali na pomysły, które kandydatów o rodowych nazwiskach poddawały wyborczym decyzjom “prostaków”. Czyżby podobna nieufność miała być teraz znakiem rozpoznawczym liberałów?

