Remigiusz Okraska: Lokalne, czyli centralne
Kategoria: Opinie
piątek, 20. października 2006
Rozpoczyna się kampania wyborcza. Choć dotyczy wyborów do władz lokalnych, to dominują w niej podmioty ogólnopolskie. Wybory samorządowe mają z “lokalnością” coraz mniej wspólnego.
Wśród zgiełku dotyczącego tego, czy PiS „zblokuje” się w listopadowych wyborach samorządowych z Samoobroną i LPR, a PO z PSL, zaś SLD z SDPl i Demokratami, zupełnie zatraca się problem całkiem inny.
Ten mianowicie, czemu powinny służyć wybory samorządowe. To chyba oczywiste, że służyć powinny demokracji lokalnej i ludowładztwu na najniższym, lecz podstawowym, rudymentarnym poziomie. Zamiast tego, służą promocji ogólnopolskich szyldów – nie są to wybory samorządowe, lecz partyjny skok na władzę w lokalnych społecznościach.
I nikt nie widzi w tym niczego złego. Odgórne próby kształtowania demokratycznego ładu na najniższym poziomie stają się przedmiotem krytyki tylko wtedy, gdy partia rządząca zamierza uchwalić rozwiązania prawne, które będą korzystne dla niej, mniej przychylne natomiast dla konkurentów z opozycji. Nikt jednak nie protestuje w sytuacji, gdy już dawno istnieją w ordynacji wyborczej zapisy dyskryminujące lokalne inicjatywy, a korzystne dla podmiotów ogólnopolskich. Żadna partia nie powie o tych zapisach złego słowa, bo wszak to właśnie im zawdzięczają rozciągnięcie sfery własnych wpływów także tam, gdzie „wielka polityka” powinna mieć dostęp mocno ograniczony.
O pierwszym problemie już wspomniałem. Media ekscytują się rozgrywkami między partiami w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Czy PiS zyska, czy może straci? Czy PO da mu nauczkę? Czy LPR, Samoobrona i PSL uratują się dzięki nim przed dalszą degradacją? Czy postkomuniści dostaną od wyborców premię za jedność i sojusz z liberałami-etosiarzami? Jednym słowem: kto „weźmie” samorządy. Ten ostatni zwrot – powszechnie używany przez media i polityków – najlepiej obrazuje skalę degrengolady w myśleniu o społecznościach lokalnych i wyłanianiu ich przywództwa. Efekt jest taki, że język debaty o samorządności oraz sposób myślenia o niej kształtowany jest przez ogólnopolskie, głównie stołeczne podmioty, co sprawia, że zatraca się podstawowy sens lokalnej polityki.
Gdyby na tym można było poprzestać opisując problem zawłaszczania sfery „dolnej” przez „górną”, to pół biedy. Jest jednak znacznie gorzej. Regulacje dotyczące wyborów do samorządu lokalnego zawierają bowiem zapisy, które jawnie i w świetle prawa dyskryminują oddolne inicjatywy wyborcze. Już na starcie stawiają je szczebel niżej od podmiotów ogólnopolskich.
Co mówi ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw? W dziale I, o nazwie „Przepisy wspólne”, czytamy w Art. 78.: „1. Komitetom wyborczym, które zarejestrowały listy kandydatów w ponad połowie okręgów w wyborach do wszystkich sejmików województw, przysługuje również prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych w programach ogólnokrajowych Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.; 2. Łączny czas nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych wynosi 15 godzin w Telewizji Polskiej i 20 godzin w Polskim Radiu”. Mówiąc wprost: jeśli lokalny komitet wyborczy wystawia kandydatów do sejmiku wojewódzkiego w jednym lub kilku okręgach wyborczych, to jego jedyną bronią w walce o poparcie są własne materiały propagandowe, wytworzone za środki finansowe tegoż komitetu. Kontrkandydaci tegoż komitetu, startujący z list zarejestrowanych w ponad połowie okręgów, oprócz własnych materiałów wyborczych mają do dyspozycji łącznie 35 godzin darmowej reklamy swego komitetu w publicznych mediach ogólnopolskich. Jak to się przekłada na równe szanse obu podmiotów – zwłaszcza w epoce, gdy radio i TV są jednymi z głównych narzędzi kształtowania opinii publicznej – nie trzeba chyba tłumaczyć.
To nie koniec. Art. 76. tej samej ordynacji mówi, iż: „Komitetom wyborczym, których listy kandydatów zostały zarejestrowane, przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych przez terenowe oddziały Telewizji Polskiej – Spółka Akcyjna i przez spółki publicznej radiofonii regionalnej /…/” . Niby tym razem mamy równość. Tak się jednak składa, że publiczna telewizja i radio nie mają oddziałów lokalnych, lecz jedynie regionalne, na poziomie województwa, sporadycznie w niektórych miejscach kraju posiadając swe dodatkowe ośrodki w większych miastach nie-wojewódzkich (głównie w byłych ośrodkach tego typu, sprzed reformy administracyjnej). W praktyce oznacza to, że o ile w wyborach do sejmików wojewódzkich wszyscy kandydaci mają szanse przedstawić swoje programy i pomysły potencjalnym wyborcom, o tyle publiczna telewizja i radio nie zaprezentują nam wszystkich kandydatów np. do rad gmin. Dowiemy się z nich tylko tyle, że takie czy inne duże podmioty – zarejestrowane w skali ponadlokalnej – zachęcają nas do głosowania na ich kandydatów w wyborach do m.in. tychże rad gmin. Znów więc w praktyce duży może więcej.
całość… www.obywatel.org.pl

