Remigiusz Okraska: Śnięte krowy
Kategoria: Opinie
poniedziałek, 11. czerwca 2007
Gdyby osób publicznych nie kreowano na idealne, nie byłoby skandali po ujawnieniu ich “wpadek”. Wciąż głośne są echa nagłośnienia faktu współpracy Ryszarda Kapuścińskiego ze Służbą Bezpieczeństwa. Ja rozczarowany jestem jednak nie tyle przeszłością autora „Cesarza”, ile postawą tych, którzy kreowali go na postać nieskazitelną. Nie jego jednego.
Co kilka miesięcy dowiadujemy się, iż któryś z rzekomych herosów i geniuszy ma w życiorysie wstydliwe karty. A to noblistce ktoś wypomni wiersz na cześć Stalina, a to światowej sławy socjolog zdemaskowany zostanie jako komunistyczny politruk, a to wypłynie zapis sympatycznej pogawędki znanego dysydenta z oficerem dawnego reżimu. Jedni mają wówczas okazję do pomstowania na „fałszywe elity”, inni oburzają się szarganiem narodowych świętości, zawiścią i małostkowością. Jedni uwielbiają się babrać w brudach, inni przekonują nas o nieskazitelnej bieli tego, co oni sami za białe uznali, głównie na podstawie klucza politycznego i/lub towarzyskiego.
Żadnemu człowiekowi i żadnej idei nie udało się dotychczas – mówiąc słowami poety – zjadaczy chleba w aniołów przerobić. Każdy ma na sumieniu jakieś grzeszki, nikt nie jest wolny od głupstw i słabości. A to błędy młodości w postaci wiary w niemodne już ideały, a to konformizm związany z szukaniem dróg na skróty w kwestii kariery, a to kunktatorstwo polityczne skrywane za wzniosłymi hasłami. Tak bywa, zwykła, ludzka rzecz. W istoty pozbawione podobnych wad wierzą tylko durnie oraz czytelnicy „Intelektualistów” Paula Johnsona, który dokonał iście genialnego odkrycia, że ten i ów wielki myśliciel zdradzał żonę, bił syna i plotkował o przyjaciołach.
Zdawałoby się, że nic bardziej oczywistego niż dostrzeżenie faktu niedoskonałości ludzkiej kondycji. Jednak obserwując publiczne roztrząsanie grzeszków różnych osób, nie sposób nie zadumać się nad dziwacznymi meandrami tego problemu. Z jednej bowiem strony w brudach – faktycznych, a równie często urojonych – grzebie się chętnie. Nie ma chyba żadnej postaci publicznej, której jakaś gazeta czy stacja telewizyjna lub radiowa nie wypomniałaby mniejszego lub większego potknięcia. Jednocześnie wszakże ci sami demaskatorzy są święcie oburzeni, jeśli ofiarą podobnych praktyk padnie któryś z ich pupilów. Wróg polityczny czy towarzyski nigdy nie powinien spać spokojnie, bo w dowolnym momencie może mieć wypomniane to czy tamto. Gdy jednak podobne błędy przypomni się komuś „naszemu”, wówczas zgodny chór potępia takie „zapędy inkwizytorskie” czy „grzebanie w życiorysach”.
Te same środowiska, które ogłaszają się krytycznymi, wolnomyślicielskimi i przeciwnymi „pomnikowemu” oglądowi ludzi i ich czynów, zostawiają ideały na boku, gdy chodzi o kogoś z własnego grona. Potrafią one uznać co prawda na przykład, iż zbrodnie są zbrodniami, tak samo hitlerowskie, jak i komunistyczne, ale o konkretach nadal nie można mówić zbyt wiele. Heideggerowi flirt z nazizmem jest przy byle okazji wypominany wiele lat po śmierci, ale wzmianka o stalinowskich fascynacjach (a może tylko serwilizmie) Wisławy Szymborskiej to w środowisku „Gazety Wyborczej” coś podobnego do – excusez le mot – głośnego puszczenia bąka na eleganckim raucie.
A przecież w obu tych przypadkach można stwierdzić, że jakkolwiek były to postawy niemądre, to zarówno filozof, jak i poetka całym swoim dorobkiem udowodnili bez wątpienia, że nie da się ich sprowadzić do roli piewców totalitaryzmu brunatnego lub czerwonego. Ich dzieło nie tyle przekreśla, co po prostu odsyła w mroczny, nieistotny kąt tamte błędy. Ktoś, kto Heideggera postrzega jako ex-nazistę, a Szymborską jako autorkę peanów na cześć Stalina, jest być może szczerym antyfaszystą lub antykomunistą. Jest jednak także półgłówkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że konkretne błędy zostały przez te osoby popełnione i nieuczciwe jest udawanie, iż było inaczej.
Tymczasem wiele środowisk nie potrafi pozbyć się ciągot ku temu, aby własne szeregi traktować jako nieskazitelne, zaś każdą próbę przypomnienia, że i ono nie jest wolne od wad, uznawać za zamach na największe świętości. Można powiedzieć, że to całkiem naturalne – wszak prawie każdy wykazuje wobec siebie więcej wyrozumiałości niż oferuje jej innym. Tu jednak postawa taka zostaje doprowadzona do absurdu. „My” nie robiliśmy niczego złego, a jeśli nawet, to winne były okoliczności. Nikt nie ma prawa „nas” osądzać. A gdy to robi, jesteśmy oburzeni i zaskoczeni, że ktoś w ogóle śmiał to zrobić.
Podobnie stało się z Ryszardem Kapuścińskim. Ujawnienie jego kontaktów z PRL-owskimi tajnymi służbami i pisanie dla nich raportów-donosów, środowisko związane z reportażystą potraktowało jako szarganie pamięci o zmarłym i próbę zdezawuowania jego dokonań. Przekonywano, że wielkość autora „Hebanu” jest niejako niezależna od faktu współpracy z esbekami. Jest w tym sporo racji – świetne książki powstałyby zapewne bez takiego uwikłania ich autora. Ale właśnie dlatego kreowanie Kapuścińskiego – tak jak wielu osób wcześniej – na postaci nieskazitelne, nie ma żadnego sensu. W naszej pamięci – i w kulturze narodowej – powinien pozostać doskonały „Szachinszach”, niepotrzebny zaś jest w niej mit o autorze, który rzekomo „kulom się nie kłaniał”. Nie dlatego niepotrzebny, że fałszywy, lecz dlatego, że wartość literacka tej spuścizny broni się sama.
całość: obywatel.org.pl
