Rozmowa ze znanym poetą i felietonistą Wojciechem Wenclem

Kategoria: Opinie

niedziela, 12. listopada 2006

To tylko nasi poeci przestali wsłuchiwać się w muzykę duszy. Myślę, że melodyjność jest czymś wiecznym, głęboko zakorzenionym w naturze poezji; czymś, co nigdy się nie kończy. Nie jest przecież tak, że staram się odwzorować piękne rytmy sprzed wieków. Melodia przychodzi sama, podobnie jak obrazy poetyckie.

Paweł Pomianek: Jest Pan znanym, świetnym poetą. Skąd wzięło się u Pana upodobanie do poezji? Co popchnęło Pana do tworzenia? Dlaczego taka forma wyrazu?

Wojciech Wencel: Na pewno nie było to dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Raczej fascynacja procesem twórczym, która rozwijała się stopniowo od czasów licealnych. Jako nastolatek popełniłem, jak niemal każdy z nas, kilka wierszyków z potrzeby serca. I pewnie na nich by się skończyło, gdybym nie dostrzegł w pisaniu kontaktu z rzeczywistością duchową. Najpierw było to wątłe przeczucie, później konkretne doświadczenie, wreszcie pasja. Z biegiem lat coraz częściej czułem, że moja wyobraźnia mnie przekracza, że wprawia ją w ruch jakaś tajemnicza siła, zewnętrzna wobec mojego intelektu. I ta siła mnie przyciągała na tyle, że chciałem jej sprostać, iść za nią, dokądkolwiek mnie poprowadzi. Nie chcę powiedzieć, że moim piórem kieruje sam Bóg, ale głęboko wierzę, że to “coś” ma charakter duchowy. Kiedyś napisałem, że poezja to forma miłości i gotów jestem bronić tego zdania. W poezji jest wszystko, co najpiękniejsze w życiu: prawda, cierpliwość, łagodność, bezinteresowność, tkliwość. Gdybym nie odczuwał, że siła, której doświadczam, jest głęboko dobra moralnie, zrezygnowałbym z pisania.

Ale na Pańskie pytanie można też odpowiedzieć opisowo, wymieniając czynniki, które bezpośrednio przyczyniły się do mojego zajęcia. Myślę, że duże znaczenie miało miejsce, w którym się wychowałem i gdzie do dzisiaj mieszkam. Matarnia to stara cysterska osada na peryferiach Gdańska. Jej pejzaż jest silnie zsakralizowany: kościół, kapliczki, cmentarz… A jednocześnie jest to przestrzeń żywiołów. Burza w Matarni wydaje się naga, pierwotna, nieoswojona; podobnie noc czy upał. W środku miasta inaczej widzi się te zjawiska. U mnie właściwie nie sposób się przed nimi schronić. Człowiek samemu sobie wydaje się maleńki wobec ogromnego nieba i bogactwa natury. Niewątpliwie jest to perspektywa sprzyjająca pisaniu, zwłaszcza poezji metafizycznej.

Innym impulsem do pisania była dla mnie inspiracja lekturami. W liceum pierwszy raz spotkałem się z poezją Zbigniewa Herberta i stała się ona dla mnie objawieniem. Pomyślałem, że chciałbym pomnażać to piękno, które – jako czytelnik – znajduję w wierszach Herberta. Wcześniej fascynował mnie Krzysztof Kamil Baczyński, ale to nie było to samo. W “Raporcie z oblężonego miasta” znalazłem dobrą szkołę poetycką: dyscyplinę języka, przejrzystość myśli, ale również moralną siłę, która zawsze mnie fascynowała. Ta poezja ze swoim czytelnym systemem wartości padła na podatny grunt, bo już jako licealista nie byłem człowiekiem przesadnie skomplikowanym. Fascynowały mnie raczej jasne wybory: “albo – albo”. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze postępowałem słusznie, ale był we mnie jakiś pierwotny sprzeciw wobec wielkich tego świata. Pamiętam, że kilka moich wierszy z tego okresu miało charakter polityczny, antykomunistyczny. Później odszedłem od tej tematyki w poezji, ale duch Herberta nadal jest mi bardzo bliski.

Na koniec wymienię najbardziej ludzki impuls twórczy: pychę. Myślę, że pragnienie “bycia poetą” towarzyszy każdemu, kto próbuje pisać. Może to być zgubne dla poety, ale może też być dionizyjską siłą, która bywa stopniowo zastępowana przez bardziej szlachetne pobudki. Sam proces pisania jest bezinteresowny, ale żeby przy nim wytrwać przez lata, potrzeba odrobiny egoizmu. Ważne, żeby wciąż zakładać mu wędzidło, ograniczać go i nie wpuszczać do pracowni. Z czasem ten prymitywny w gruncie rzeczy impuls znacznie się osłabia i pozostaje bezinteresowna poezja. Kiedy wielokrotnie doświadczy się w trakcie pisania miłości, widzi się już wyraźnie, że twórczość jest nie drogą do kariery, lecz pięknym powołaniem. Dlatego dziś przedstawiam się raczej jako rzemieślnik, który dostał coś za darmo, a nie jako ważny poeta. Staram się spokojnie robić swoje i dziękować Bogu za chwile epifanii.

- To, co zaskakuje w Pańskiej poezji, to dwie rzeczy. Przede wszystkim jej forma. Jak zaznaczyłem już w tytule swej recenzji z Ody chorej duszy, jest Pan niejako epigonem wiersza regularnego. Zachowuje Pan nie tylko rymy, ale też dba Pan bardzo o rytmikę wiersza. Większość z nich to sylabiki. Poemat “Imago mundi” składa się – podobnie jak “Pan Tadeusz” – z dwunastu pieśni pisanych trzynastozgłoskowcem. Nie ukrywam, że bardzo mnie to intryguje i sprawia dużą radość, że w dzisiejszych, zwariowanych czasach – gdy poezją nazywa się niemal wszystko, co się da – jest jeszcze ktoś, kto odwołuje się do klasycznych wzorców. Drugim zaskakującym elementem są treści Pana wierszy. Obecnie, gdy tak modna jest kontestacja tego, co święte, tego, co moralne, pan permanentnie odwołuje się do wartości chrześcijańskich. Choćby: “Oda chorej duszy” jest jakby przeżywaniem roku liturgicznego.

- Dziękuję za dobre słowo, choć sformułowanie “epigon”, czyli naśladowca, zakłada, że epoka wiersza regularnego już się skończyła, a ja wierzę, że tak nie jest. To tylko nasi poeci przestali wsłuchiwać się w muzykę duszy. Myślę, że melodyjność jest czymś wiecznym, głęboko zakorzenionym w naturze poezji; czymś, co nigdy się nie kończy. Nie jest przecież tak, że staram się odwzorować piękne rytmy sprzed wieków. Melodia przychodzi sama, podobnie jak obrazy poetyckie. I dzieje się to tu i teraz: w Polsce na początku XXI wieku. Dla mnie rytmika wiersza jest odbiciem chrześcijańskiej teodycei, refleksem Bożego ładu, który obejmuje cały świat, nadając sens także cierpieniu. Wiersz to żywy organizm, w którym rymy i rytm pulsują jak krew w żyłach. A ponieważ świat i człowiek wciąż wydają mi się doskonałymi dziełami Boga, nie potrafię zrezygnować z melodyjnej formy wiersza. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Zarzuty, że poezja rymowana jest dziś naiwna i śmieszna, stawiają ci sami ludzie, którzy za naiwne i śmieszne uważają chrześcijaństwo i tradycyjną antropologię. Nie mam im do powiedzenia nic więcej ponad to, że się mylą.

Jak Pan widzi, staram się łączyć formę z treścią. Po prostu tak to odczuwam. Rok liturgiczny rzeczywiście przenika poszczególne tomy moich wierszy, ale dzieje się tak często poza moim zamysłem. Nie jestem poetą, który postanowił wypłynąć na katolicyzmie, o co często posądzają mnie rówieśnicy. Gdybym był agnostykiem, pisałbym pewnie zupełnie inne wiersze. Ale ponieważ próbuję żyć z Chrystusem, wiara odzywa się także w wierszach. Myślę zresztą, że wciąż jest to bardzo słaba wiara. Wiele jest we mnie jeszcze pogaństwa, obrzędowej religijności, którą noszę jak pancerz. Na szczęście Bóg powoli zmienia moje życie, uczy dystansu do siebie, otwiera mnie na świat i na innych. Bez Niego byłbym nikim, a tak czuję się szczęśliwy. Ciągle jestem grzesznikiem, ale dzięki obecności Chrystusa w moim życiu jestem bardzo szczęśliwym grzesznikiem.

całość… www.tolle.pl


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze