Ryszard Jakubowski: Czy „nowe” wróci?
Kategoria: Opinie
poniedziałek, 25. grudnia 2006
Czy bracia Kaczyńscy dążą do tego, aby komuniści i postkomuniści ponownie przejęli władzę w Przenajświętszej Rzeczypospolitej? To, z pozoru absurdalne i podręcznikowo retoryczne pytanie, nie jest pozbawione sensu.
Niedawno minął rok od chwili, kiedy społeczeństwo, po raz kolejny zmylone oszukańczą i pozbawioną elementarnej kultury kampanią wyborczą, zdecydowało się powierzyć władzę w Polsce partii, stworzonej przez dwóch braci-bliźniaków, wcześniej znanych, między innymi, z głównych ról w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Partia, nosząca w nazwie to, na co oczekiwała spora część rodaków, wydawała się być mocno osadzoną po prawej stronie sceny politycznej, co gwarantowało zepchnięcie na margines historii SLD i satelitarnych ugrupowań o komunistycznym rodowodzie, które przez poprzednie 4 lata robiły wszystko, żeby po sobie zostawić spaloną ziemię oraz trudny do opanowania chaos gospodarczy i ustawodawczy. Nikt nie zwrócił jednak uwagi, że w spotach reklamowych Prawa i Sprawiedliwości pojawiło się sporo elementów, niemal żywcem zaczerpniętych ze „światłych” myśli Lenina i jemu podobnych demagogów. Mydlono oczy wizją taniego państwa, jednocześnie obiecując miejsca pracy także tym, którzy dla nowoczesnej gospodarki są kulą u nogi i zbędnym balastem: urzędnikom, biurokratom i fachowcom od siedmiu boleści, co to znają się na wszystkim, czyli na niczym. Tego balastu, do którego najbardziej pasuje określenie „darmozjady”, nigdy w naszym kraju nie brakowało. A że jest to całkiem pokaźny, bo kilkumilionowy elektorat, więc „Partia Braci” mogła liczyć na sukces wyborczy. Aby był on większy, dzięki paru naiwnym, łatwym do rozszyfrowania sztuczkom socjotechnicznym przekonano kolejnych wyborców, że wysokie podatki są w rzeczywistości dobrodziejstwem dla najbiedniejszych, ponieważ to oni dostępują dzięki temu łaski: mogą SAMI, bez pomocy bogatszych i lepiej zarabiających, utrzymać całe państwo z jego aparatem władzy. System podatkowy, jaki w tej szokującej kampanii wyborczej lansowali obaj bracia, pozwala najbogatszym, najwięcej zarabiającym, na korzystanie z różnych odpisów i innych przywilejów, czego efektem jest to, że wielu, a być może nawet – większość z nich, dochodowego podatku w ogóle nie płaci, i robi to w majestacie prawa. Kto by się jednak takimi drobiazgami przejmował, skoro na spotach reklamowych głodne dzieci stawały się syte, a lodówki zapełniały wszelakimi dobrami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wróćmy jednak do teraźniejszości. Otóż bracia obsadzili swoimi skromnymi gabarytowo osobami dwa najważniejsze stanowiska w Polsce i zaczęli rządy. Rządy, które trudno określić inaczej, jak – nadzwyczaj nieudolne. Dwaj panowie K. skoncentrowali się bowiem nie na tym, aby w kraju było choć trochę lepiej, ale na tym, żeby prowadzić nieustanną walkę z każdym o wszystko. Cóż, trzeba im przyznać, że nauki, jakie pobrali „za komuny” z różnych źródeł, nie poszły w las. Panowie K. zaczęli widzieć swoich prawdziwych i domniemanych wrogów w każdym i wszędzie, na każdym kroku. O dziwo – zupełnie tak, jak Josip Wisarionowicz Dżugaszwili i cała plejada jego spadkobierców, po generała Wojciecha J. twórcę wojny polsko-jaruzelskiej i byłego KaGeBistę, rządzącego obecnie pewnym mocarstwem na wschodzie. Zaatakowali najpierw wszystkich przeciwników politycznych, potem dobrali się do skóry swoim przyjaciołom, tworzącym wraz z nimi koalicję rządowo-parlamentarną. A kiedy wrogów zaczęło brakować, bo wielu z ich oponentów po prostu uznało, że nie warto polemizować z kimś, kto nie rozumie języka, użytego w dyskusji, panowie K. znaleźli swoich wrogów w niezależnych mediach i już szykują zmianę prawa prasowego tak, aby zamknąć usta tym, co mają coś do powiedzenia i nie są to pochwały dla domu panującego.
Braciom K. udało się „przy okazji” w parlamencie stworzyć scenę wydarzeń, które mogłyby posłużyć za kanwę wielu filmów fabularnych, przy czym Mrożek i Ionesco wspólnymi siłami nie stworzyliby tylu tak absurdalnych scenariuszy. O dziwo – nie zraziło to do nich zbyt wielu wyborców. Przeciwnie – ci, którzy z nimi sympatyzowali, stali się ich jeszcze zagorzalszymi fanami. Sęk w tym, że nie jest to wcale większa część społeczeństwa! Jest to jedynie większa część tych, co w ogóle poszli do urn wyborczych.
– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytałby naiwnie przybysz z odległego kraju, nie obeznany z realiami życia w naszym pięknym państwie. – Przecież nic nie dzieje się bez przyczyny!
Miałby rację. Absolutnie wszystko, co się wokół nas wydarza, ma jakąś przyczynę, choć nie zawsze jest ona łatwa do jednoznacznego zdefiniowania. Tym razem jednak przyczyna zdaje się rysować coraz wyraźniej.
Kiedy po obaleniu reżimu komunistycznego w czerwcu 1989 roku dotychczasowi władcy Polski stracili cieplutkie stołki i grunt pod nogami, dość szybko sprowokowali swoich następców do kłótni i awantur, przy okazji tworząc różnego rodzaju afery, często z ich udziałem. Młoda władza, nie przygotowana na taką perfidię komunistów, łatwo dała się wciągnąć w tę odrażającą grę i bardzo szybko poniosła tego konsekwencje. Naród zrozumiał to, co miał zrozumieć, we właściwy sposób: prawica robi afery i kradnie, więc wróćmy do dawnych „właścicieli Polski” którzy też kradli, a nawet – zabijali swoich przeciwników, ale robili to w białych rękawiczkach i można było udawać, że się tego nie widzi. Poza tym dawna władza była bardziej przyjazna ludziom – wszyscy mieli pracę i głodowe pensje po 30 dolarów miesięcznie, które wypłacano, zaciągając kolejne pożyczki w zachodnich bankach. I napracować się nie trzeba było za bardzo, bo to, co mógł zrobić jeden człowiek, robiło dziesięciu. A wiec – uznał naród – głosujmy na swoich tyranów, bo choć byli źli, to przynajmniej wiadomo było, czego się można po nich spodziewać. Tak więc sprytnie zmanipulowane społeczeństwo podświadomie wybrało swoich nowych panów. W krótkim czasie i parlament i najważniejszy fotel w państwie znalazły się w rękach postkomunistów.
Historia lubi się powtarzać. W parlamencie trwają awantury jeszcze większe, niż te z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Rządzenie państwem jest jedynie grą pozorów, z której tylko mało świadome niemowlęta nie zdają sobie sprawy. Najwyższa więc pora, aby odsunąć od rządów prawicę, dla dobra Polski i Polaków, rzecz jasna – myśli sobie społeczeństwo. Czy władza, miłościwie nam panująca od ponad roku, nie zdaje sobie z tego sprawy? Wątpię. Czy władza nie wie, że alternatywą dla prawicy jest lewica? Wątpię. Czy władza chce doprowadzić do tego, aby w najbliższych wyborach nie wzięło udziału jak najwięcej Polaków, zniechęconych do polityki i polityków? Jest to aż za bardzo oczywiste. A więc – kto pójdzie do urn wyborczych? Jest bardziej, niż pewne, że będą to dotychczasowi zwolennicy komunizmu, zawsze gotowi do poświęceń dla swoich ideałów i karnie chadzający na wszystkie wybory. Nie jest to duży elektorat – zaledwie około 3 milionów byłych członków PZPR i ich potomków. Być może jednak będą to jedyni wyborcy, którzy odwiedzą lokale wyborcze. W takim przypadku rezultat ich głosowania jest już dziś łatwy do przewidzenia. Czy o to chodzi Braciom K.?
Ryszard Jakubowski
Komentarzy: 2
- marysia poniedziałek, 25. grudnia 2006
To jasne, że do urn pójdą ci, którym będzie zależało aby wróciło "stare". Ale nie oszukujmy się, czy jakikolwiek rząd myśli o biednych i głodnych dzieciach, lub ludziach bezdomnych, którzy zostali wyeksmitowani na bruk, bo nie mieli pieniędzy by zapłacić czysz. I niekoniecznie jest to jakis margines społeczny. Bo jeśli ojciec pracował w fabryce, którą sprywatyzowano i poszedł na bruk, a matka jest chora np. na raka, to co za maleńką rentę mogą zrobić. Oczywiście kupić chleb dzieciom, a nie zapłacic za mieszkanie. I wcale nie jest to mały procent naszego społeczeństwa, ci którzy żyją w nędzy. Czy jakikolwiek rząd się o nich zatroszczy, czy da im pracę?
- Adrianna poniedziałek, 25. grudnia 2006
To prawda, że zniechęcenie społeczeństwa polityką i wiara w uczciwość rządządzych równają się niemal "zeru". Świadczą o tym chociażby masowe emigracje młodych ludzi, którzy nie widzą, rzecz jasna, przyszłości w swoim kraju, głodowa egzystencja emerytów, kretyńska organizacja służby zdrowia etc. Dziwi mnie fakt, że jak dotąd nie spotkałam się z taką znajomością postaci sceny politycznej przez społeczeństwo. Nazwiska "onirycznych głów Polski" znają nawet dzieci... Czy dzisiejsze afery polityczne osiągną swoje apogeum? Czy okażą się zgubą patriotyzmu Polaków? Może wręcz przeciwnie - kto żyw podąży do urn, by zmienić koszmarny kabaret w...?

