Śladem państwa Edisonów

Kategoria: Opinie

sobota, 10. maja 2008

Dzieci Machałów na nogach są już od 6.00 rano: wspólnie z rodzicami przyrządzają śniadanie, potem słanie łóżek, sprzątanie. Około 8.00 zaczynają lekcje. Tyle że tutaj nie ma dzwonków, klasówek i ocen. Weronika jest w trzeciej klasie, pierwszą spędziła w szkole państwowej; jej siostra Agata jest w pierwszej i szkolnego dzwonka nie zna w ogóle.

Krzyś ma pięć lat, a Olga trzy. Wszystkie dzieci gromadzą się przy stole w jadalni. Jeśli tata, nauczyciel angielskiego, zaczyna swoje zawodowe zajęcia później, włącza się w lekcje polskiego, angielskiego i matematyki. Najczęściej najpierw pracują nad obowiązkowym programem szkolnym, z podręcznikami, chyba że dzieci chcą inaczej, bo w tej szkole mogą mieć w tej sprawie swoje zdanie. Wtedy dłużej zajmują się czytaniem, a następnego dnia jest więcej matematyki.

Jeśli lekcja geografii jest o rzece San, to Weronika sama szuka informacji na ten temat w encyklopedii albo Internecie. Większa satysfakcja, lepiej zapamiętuje, bo nie pracuje dla ocen, ale z ciekawości świata. Ulubione zajęcia wszystkich dzieci to albo wspólne czytanie, albo robienie teatrzyku. Idą w ruch kartony i farby. Dzieciaki dobrze się bawią, a Małgorzata Machała, filozofka, opowiada im, co to dramat.

Na jednym ze spacerów chodziła z dziećmi po łące, z atlasem owadów w ręku. Dociekały: a co jedzą, a czy przesypiają zimę? Dzieci widziały na własne oczy kraśnika sześcioplamka, zamiast na pamięć wkuwać, ile ma nóżek i skrzydełek. Mieszkają w niewielkiej miejscowości Babilon koło Radomia, więc pobliskie łąki i lasy często są miejscem lekcji przyrody.

U Anny i Radosława Kopciów z Lublina około 10.00 na stole lądują książki Korneliusza, ucznia pierwszej klasy domowej szkoły. Korneliusz uczy się pisania, a jego siostry Lidia (4,5 roku) i Iga (3 lata) rysują. Około południa dziewczynki idą na drzemkę, a Korneliusz ma angielski ze specjalnego programu dla dzieci edukowanych domowo. Czasami Anna widzi, że syn jest znużony. Wtedy idą na spacer; w parku można uczyć się o gatunkach drzew albo liczenia przy zbieraniu kamieni. Robienie obiadu to okazja do zajęć z chemii i fizyki.

W domu Joanny i Mariusza Dzieciątków na warszawskich Kabatach szkoła to przestronny salon z kolorowymi obrazkami na ścianie i dużym stołem na środku. Kiedy po wspólnym śniadaniu tata idzie do pracy (jest adiunktem w Szkole Głównej Handlowej), a starszy brat Kuba (10 lat) do szkoły, siedmioletni Mateusz zaczyna lekcje. Czteroletnia Ania z zainteresowaniem uczestniczy we wszystkim. Rano chłopiec dłużej potrafi się skupić, więc od 9.00 do 11.00 przerabiają program szkolny. A potem jest jak w dowcipie: jak dzieci edukowane domowo wymieniają żarówkę? Czytają historię wynalazku Edisona. Potem dowiadują się, jak powstaje prąd, i budują model drabiny, która jest potrzebna do wymiany żarówki. Biologii uczyli się sadząc kartofla pod blokiem i obserwując, jak rośnie.

Co skłania ludzi do niekonwencjonalnej decyzji, by nie posyłać dzieci do szkoły? Bywa, że własne szkolne doświadczenia. Małgorzata Machała sama odkrywa teraz, gdy ogląda na łące owego sześcioplamka, że nauka jest fascynująca. W szkole była prymuską – przedmiotów, których nie lubiła, uczyła się na pamięć.

Paweł Machała z czasów szkolnych najlepiej wspomina wagary. Był niezłym uczniem, ale uważa, że był to stracony czas, bo szkoła ani nie odkryła, ani nie rozwijała jego potencjału. Mówi o sobie: ofiara edukacji państwowej. Chciałby, żeby jego czworo dzieci żyło z pasją. Córki, jeśli pójdą do szkoły, to najwcześniej w wieku 16 lat, czyli na początku liceum, i to pod warunkiem, że same będą tego chciały.

Synek Dzieciątków źle znosił pobyt w zerówce. Zaprowadzić Mateusza do szkoły to był wyczyn – płakał, buntował się. – Budził się w nocy, jąkał się, aktywne dziecko zaczęło być wycofane. Nie wiedzieliśmy, co robić – opowiada mama Joanna. Pierwszym pomysłem było odroczenie pierwszej klasy. Badania psychologiczne tylko potwierdziły przypuszczenia rodziców: Mateusz nie zdał egzaminu gotowości szkolnej. W Internecie znaleźli informacje na temat edukacji domowej. Joanna, z wykształcenia terapeutka zajęciowa, i tak zajmowała się wychowaniem dzieci, więc nawet nie musiała rezygnować z pracy. Anna i Radosław Kopciowie mówią, że tylko rodzina daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, a to jest najważniejsze w jego rozwoju. – Wysłanie dziecka do szkoły w tak wczesnym wieku to dla niego olbrzymi stres. Nie chcemy rzucać naszych dzieci na głęboką wodę, żeby zobaczyć, czy wypłyną – twierdzi kategorycznie Anna. Twierdzą, że nad systemem oświaty wisi czapa ideologiczna, a każdy nowy minister podważa to, co wymyślił poprzedni. Niech eksperymentują, byle nie na dzieciach Kopciów. Wreszcie najważniejsze: – Niańkę wybieramy bardzo starannie, chcemy zaufanej osoby, a jak posyłamy dzieci do szkoły, to oddajemy je w ciemno sfrustrowanym zarobkami nauczycielom do przeładowanych klas – mówi Radosław.

Dlatego Anna, księgowa i pielęgniarka, zrezygnowała z pracy, zajęła się uczeniem dzieci. Żyją może nieco skromniej, bo z jednej pensji męża – przedsiębiorcy, filozofa z wykształcenia – ale dla dzieci warto. Czuje się kobietą spełnioną, bo edukacja domowa to – jak mówi – styl życia. Powołanie. Kształtowanie człowieka. – Dziecko najbardziej rozwija się do 8–9 roku życia, a jak się ten czas zaprzepaści, to potem można już tylko sobie włosy z głowy rwać – argumentuje Anna.

Najstarsza córka Machałów, Weronika, okazała się zdolna ponad przeciętną. W szkole szybko wykonywała polecenia nauczycielki i przez resztę lekcji nudziła się. Paweł Machała: – Szkoła jest jak stołówka, gdzie każda porcja jest taka sama – i dla osiłka, i dla niejadka. Nie rozwija indywidualnych zdolności dziecka, ale przycina je do przeciętnej. I zakłada, że wszystkie dzieci to katolicy. Neutralność światopoglądowa polskich szkół to fikcja. Rodzina należy do Kościoła Nowego Przymierza i wiara w ich życiu jest rzeczą fundamentalną. Weronika nie chodziła więc na lekcje religii katolickiej. Musiała tłumaczyć kolegom dlaczego. W pewnym sensie czuła się wykluczona.

Czy to wszystko jest legalne? Owszem, choć wolność nie jest tu całkowita. I nie wszystkie przepisy są jasne. Żeby dziecko nie chodziło do szkoły, najpierw należy… zapisać je do szkoły, która będzie nadzorowała postępy w programie szkolnym. Zgodę na naukę poza szkołą wydaje dyrektor placówki. Wychowawczyni klasy Weroniki Machały nigdy wcześniej nie słyszała, żeby dziecko nie musiało chodzić do szkoły, ale ostatecznie uznała, że pomysł wcale nie jest taki zły. Zaoferowała pomoc. Dyrektor szkoły zadzwoniła do podstawówki, która miała już takie doświadczenia. Wychowawczyni ustaliła z rodziną, że dziewczynka będzie zdawała egzaminy po każdym przerobionym podręczniku, czyli trzy razy w roku.

całość: Polityka.pl


1 komentarz

  1. Ja sobota, 10. maja 2008

    Mysle że nauczanie domowe to WSPANIAŁY pomysł!!!

Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze