Stefan Sękowski: Przymus ekonomiczny niszczy “Wolny wybór”
Kategoria: Opinie
środa, 7. lutego 2007
Jak mówi Joanna Kołaczkowska w jednym ze skeczy Kabaretu Hrabi: „dzień mężczyzny też ma swoje granice”. Już miałem wybić głową dziurę w suficie na wieść o tym, że serial edukacyjny Miltona i Rose Friedmanów pt. „Wolny wybór” będzie emitowany w TVP 1, gdy doczytałem maila od znajomej, w którym było napisane, że odbywać się to będzie w piątki o godz. 12.50…
I już nie wiem, czy śmiać mam się, czy jednak płakać. Bo niby nieco przykurzone dzieło wybitnych ekonomistów będzie dostępne dla szerokich rzesz Polaków łaknących rzetelnej wiedzy, niby okazuje się, że TV Wildstein jest niepodległa od polityków… ale z drugiej strony oglądalność „Wolnego wyboru” będzie wahać się w okolicach tej „Agrobiznesu”, który, jak powszechnie wiadomo, oglądają tłumy rolników, nie mających koło południa nic lepszego do roboty.
Dochodzę jednak do wniosku, że powinienem rzewnymi łzami się zalać, jako że w tym wypadku lepsze nic niż to, co spotkało jedno z bardziej znanych dzieł amerykańskiego noblisty i jego żony. Gdyby bowiem serial puszczony by nie został, można by żywić nadzieję, że kiedyś, może nawet i w dalekiej przyszłości, ale jednak zastąpi takie hity jak „M jak Miłość”, czy chociażby „Plebanię”. A tak włodarze publicznej telewizji będą mieli pretekst, by tego typu programów więcej nie emitować. „Że niby nie jesteśmy otwarci na różne punkty widzenia? Ależ jesteśmy, tylko że tych badziewi nikt nie chce oglądać. Że nikt nie może, bo w południe TV się nie ogląda? A to już nie nasza wina”. Dobrze, że „Wolny wybór” liczy tylko 5 odcinków – inaczej byłby jeszcze narażony na hańbę w postaci zdjęcia z anteny…
Polecamy: Blog autora - stefansekowski.salon24.pl
