Waldemar Łysiak: 50 gram proszę
Kategoria: Opinie
środa, 21. czerwca 2006
Z kim ja muszę pracować! Nie uwierzyliby Państwo. Francuskie przysłowie mówi: „Kto ma piękną żonę, zameczek przy granicy oraz winnicę przy drodze — ten nigdy wojny nie skończy”. To problem sąsiedztwa. A popatrzcie z kim ja muszę sąsiadować na łamach „GP”! Ciągłe konflikty, od rana do zmierzchu. To dlatego, że chociaż generalnie z majtkami kapitana Sakiewicza się zgadzam — wszelako nie ze wszystkimi, kłopoty są zwłaszcza z gronem bosmanów.
Winston Churchill rzekł: „Człowiek, który zgadza się ze wszystkimi, nie zasługuje na to, by ktokolwiek się z nim zgadzał”. Więc czasami nie zgadzam się ze wszystkimi, po to, by ktoś się ze mną jednak zgodził, a mimo tego nie mogę się ustrzec kłopotów i siniaków. Ze strony sąsiadów, niech im Kościół łagiewnicki wybaczy.
Ot — weźmy — taki Marcin Wolski. Pióro mistrzowskie, ale dlaczego zwala wszystko na moją biedną maszynę do pisania firmy „Rheinmetall/Borsig” sprzed I Wojny Światowej? Recenzując książkę Marty Sieciechowicz „Potwór z Saskiej Kępy” (dzięki Bogu to nie o mnie, choć całe życie mieszkam na Saskiej Kępie), Wolski rzucił en passant: „Metody te specjalnie mnie nie dziwią — Marek Nowakowski do dziś pisze ręcznie, a Waldemar Łysiak używa archaicznej maszyny do pisania — ważne, że są skuteczne”. Sugeruje więc Wolski, że literat Łysiak — inaczej niż Marek Nowakowski — pisze bezpośrednio na maszynie, a to jest krzywdząca nieprawda, gdyż Łysiak od zawsze pracuje rękopiśmienniczo (nawet felietony piszę ręcznie), i dopiero gdy manuskrypt jest gotowy, Łysiak przepisuje go maszynowo, stukając w klawisze sędziwej przyjaciółki (komputera Łysiak nie ma i nie będzie miał, bo żyje sobie jako mieszkaniec XIX wieku). Ale co ja mam z takim Wolskim zrobić? Mam nakłaść mu po gębie, jak on ma prawie dwa metry wzrostu, bicepsy pakuje we własnej siłowni i nie boi się samego posła Witaszka (waga sumo)? Zresztą kiedy wcześniej zaczepiłem Rafała Ziemkiewicza, to on przysłał trzech Ukraińców pod mój dom (mieli blisko, Stadion Dziesięciolecia jest obok Saskiej Kępy) i teraz chodzę cały w sińcach oraz temblakach. Mówią, że takie numery to tylko w Erze, a tymczasem w „GP” również nie ma lekko.
Z Ziemkiewiczem trudno się fechtuje, bo to fechmistrz — i do tego niereformowalny. Zlepperyzował mnie całkowicie („GP” 26–IV–2006), mianując bratem bliźniakiem Leppera, w czym nie był oryginalny, plagiatował tu „Gazetę Wyborczą”, która przez kilkanaście lat mojej wojny z Michnikiem zdążyła mianować mnie klinicznym idiotą, trzeciorzędnym grafomanem i „Lepperem polskiej literatury”. Oczywiście miał rację, bo wiadomo, że jego idol, Balcerowicz, jest geniuszem, dzięki któremu nad Wisłą jest ekonomicznie (dobrobytowo) wszystko w porządku, prócz tych kilkunastu milionów ludzi, którzy przed końcem każdego miesiąca nie mają czym karmić swych dzieci, ale przecież to tłuszcza, którą elita nie musi sobie zawracać zadu. Mimo inteligenckiej przewagi Ziemkiewicza — nie ma we mnie zgody na to. Szczuka szczeka, Powiatowy miauczy jej do wtóru, a ja dalej uważam, że trzeba trzymać antysalonowy fason, bo inaczej rozdziobią nas wrony, schetyny i senyszyny.
Leniny nas nie rozdziobią, mimo że z Leninem primo voto Lisiewiczem Piotrem Wielkim miałem nieprzyjemną na tych łamach okoliczność, kiedym mu przygruchał moim votum separatum ą propos pewnego posła. Później przez dwa miesiące musiałem mieszkać w piwnicy pod hałdą koksu, nie wyściubiając nosa, albowiem wokół domu krążyły bojówki Naszości, której siepacze pragnęli jelenimi rogami porachować mi gnaty za skarcenie wodza światowego proletariatu. Co mi wszakże wcale nie przeszkadza bardzo cenić tekstów Lisiewicza i rozpoczynać lekturę każdego numeru „GP” od kolumny „Zyziu na koniu Hyziu”, bo uważam (mówię serio!), że to jest najlepsza kolumna „Gazety Polskiej”, cieszyłbym się gdyby miała kilkakrotnie większą objętość.
całość… Gazeta Polska

