Wojciech Romerowicz: Strefa złudzeń
Kategoria: Opinie
wtorek, 19. września 2006
Są młodzi. Niektórzy bardzo młodzi. Myśleli, że uda się im wyrwać ze swoich małych mieścin i zapomnianych przez los wiosek. To miała być szansa na ułożenie sobie życia, przepustka do innego świata. Bez jednostajnej, niszczącej wolę i entuzjazm codzienności, bez braku jakichkolwiek perspektyw i zupełnej beznadziei.
Jednym się udało, inni znaleźli się na samym dnie. Współcześni emigranci.
Dwudziestopięcioletni Waldek pochodzi z czterdziestotysięcznego miasta na Podkarpaciu. Wysoki, dobrze ubrany o nieco przedwcześnie postarzałej twarzy. Co chwile zerka na swoje czyściutkie brązowe buty. W Londynie mieszka już od trzech lat. Pracuje w firmie zajmującej się wykańczaniem wnętrz. Dlaczego wyjechał? – Po maturze chciałem studiować politologię. Nawet zdałem egzamin wstępny. Niestety, okazało się, że studia stacjonarne poza domem mogą za bardzo wypruć pustą kieszeń moich rodziców. Zdecydowałem się na zaoczne. Matka obiecała pomóc finansowo. No to rozpocząłem weekendową edukacje – opowiada. – Ale ile można wyciągać od starych forsę? Postanowiłem znaleźć robotę, żeby choć samemu odłożyć na czesne.
W urzędzie pracy młoda pani z za biurka poinformowała go, że jest jeszcze młody i może wegetować na koszt rodziców. Poza tym w kolejce stoją o wiele bardziej potrzebujący niż on.
Postanowił samemu wykazać inicjatywę. Jednak po kilku tygodniach bezskutecznych poszukiwań zaczął podejrzewać, że jakieś dziwne siły sprzysięgły się, aby w żadnym wypadku nie znalazł pracy. – Mijały miesiące, a ja kompletnie nic nie robiłem. Z nudów chodziliśmy z kumplami na piwo. Alkohol pozwalał na chwile zapomnieć o beznadziei. Częstotliwość imprez wzrastała, a malały zasoby gotówki. Wreszcie zacząłem od matki, pod byle pretekstem, wyciągać drobne sumy. Piliśmy najgorsze sikacze, bo browar był już nie na naszą kieszeń. Po jakimś czasie razem z kumplami byliśmy tak sobą znudzeni, że wystarczyła tylko iskra, abyśmy rzucili się sobie do gardeł. Wtedy poczułem, że źle się ze mną dzieje. Karłowaciałem. Trzeba było coś z tym zrobić – opowiada. Akurat tak się złożyło, że dwóch znajomych Waldka z technikum od jakiegoś czasu pracowało w Anglii. – Skontaktowałem się z nimi i podjąłem męską decyzję – zdanie to artykułuje powoli, jakby dopieszczając każde słowo. – Zostawiam to wszystko i spadam stąd.
Angielskie darmozjady
Koledzy odebrali Waldka z londyńskiej stacji autobusowej. Zakotwiczył w ich małym mieszkaniu położonym w hinduskiej dzielnicy. Po dwóch tygodniach znalazł prace u Anglika, który zajmował się wykończeniówką. – Polaków w firmie jest dwóch. Ja i chłopak spod Tarnowa. Do tego jeden Jamajczyk. Reszta to rodowici Anglicy – mówi, zaciągając się dymem z papierosa. Pytam, jak układa się współpraca z Brytyjczykami. W odpowiedzi słyszę urywany śmiech. – Angole to skończone pacany. Kompletni analfabeci funkcjonalni. Nie są w stanie wbić gwoździa bez młotka elektrycznego. Ciągle migają się od roboty i szukają okazji żeby tylko zerwać się wcześniej. Czasami rozśmiesza mnie ten żałosny widok pięćdziesięcioletnich facetów wypalających skręta. Do tego ciągłe chlanie wszystkiego, co ma procenty. No i ta ich herbata z mlekiem.
Opowiada, że kiedyś zrobili sobie z kartonów czapeczki Ku Klux Klanu. Chodzili w nich cały dzień. Dali mu jedną i powiedzieli, że przyłącza się do rewolucji narodowej przeciwko Hindusom. – Boss nie ma do tych darmozjadów żadnego zaufania. Polega raczej na nas. Nie wiem, po co ich trzyma – pyta w sposób, jakby właśnie ode mnie oczekiwał odpowiedzi na to frapujące go pytanie.
Wszędzie dobrze, ale…
Mój rozmówca w Polsce będzie jeszcze przez tydzień. Później wraca na wyspy. Mówi, że w rodzinnym mieście generalnie nie zna już nikogo. Znajomi, przyjaciele: wszyscy gdzieś wyjechali. Żartuje, mówiąc, że pół tej mieściny siedzi już za granicą. Tylko trzech kolegów zostało. Jeden jest nauczycielem i pracuje w miejscowym liceum. Drugi zapił się na śmierć w zeszłym roku. Trzeciego spotkał pod supermarketem, kiedy ten zaczepił go, prosząc o pięćdziesiąt groszy. Na początku nawet go nie rozpoznał. Nabrzmiała od nadmiaru tanich trunków twarz całkowicie odmieniła jego oblicze. Mimo to, Waldek nie wiąże swojej przyszłości ze Zjednoczonym Królestwem. Tęsknota za rodzinnymi stronami to wirus trawiący wszystkie pokolenia emigrantów. A już niemal całkowicie się rozkleił, kiedy po trzech latach zobaczył łzy swojej matki powoli spływające po jej rumianych policzkach i ojca – zawsze surowego, ale tym razem tryskającego radością na widok syna. Kiedy uskłada odpowiednią kwotę chce wrócić do kraju założyć rodzinę. Może otworzy własną firmę. Dopytuję czy przypadkiem nie szuka swojej przyszłej towarzyszki życia w Anglii. – Polki? Tam? Nie. Nie wiem, co to jest, ale nasze dziewczyny za granicą marnie się prowadzą. Może po prostu kobiety są mniej wytrzymałe od mężczyzn i w razie jakichś problemów szybciej się staczają? A może jest to sposób na szybkie zdobycie zasobnego w kasę męża Angola? Nie wiem. Nie chcę o tym gadać, zresztą nie ma, o czym – ucina rozmowę.
Exodus
Kiedy drzwi do zachodnioeuropejskich rynków pracy stanęły otworem przed rzeszami ludzi z państw przyjętych w 2004 roku do Unii Europejskiej, rozpoczęła się prawdziwa wędrówka ludów. Setki tysięcy mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej ruszyło do Anglii, Niemiec, Irlandii, Francji w poszukiwaniu lepszego jutra. W Polsce zjawisko to przybrało niemalże charakter masowy. Ocenia się, że aktualnie w samej tylko Wielkiej Brytanii przebywa dwieście sześćdziesiąt tysięcy naszych rodaków, choć Bóg jeden wie, ilu jest ich tam naprawdę. W szczególności emigrują mieszkańcy najbiedniejszych, południowo-wschodnich regionów Polski.
Dla ludzi młodych to często jedyna szansa na utrzymanie rodziny. – Tutaj nie mam warunków, aby utrzymać żonę i dziecko na w miarę normalnym poziomie. Przez jakiś czas pracowałem w fabryce uszczelek. Przyjęli mnie przez jakąś dziwną firmę pośredniczącą, która miała jeszcze bardziej dziwny układ z zakładem pracy. Fabryka przekazywała moją pensję tej firmie, a ona wypłacała ją mi, tyle że okrojoną o połowę. Za pięćset dwadzieścia złotych miesięcznie nie mogłem utrzymać bezrobotnej żony i półrocznej córeczki – żali się trzydziestoletni Karol. Na szczęście szwagier był na kontrakcie w Niemczech. Pomógł szybko załatwić potrzebne papiery. Karol wyjechał do Monachium, a kilka miesięcy później ściągnął rodzinę. Pracuje w tartaku. Kupił już samochód, a niebawem uskłada na mieszkanie w Polsce.
Na bruku
Nie wszystkim jednak się poszczęściło. Wielu Polaków padło ofiarą opowieści o ziemi obiecanej i zwykłych naiwnych złudzeń. Bez kontaktów, bez pieniędzy, nie znając języka, wysiadali na dworcu Victoria w centrum Londynu.
Sądzili, że szybko znajdą pracę, ale rzeczywistość okazywała się dla nich brutalna. Co gorsza, bez przepracowanych szesnastu miesięcy i opłaconej składki ubezpieczeniowej nie mają prawa do świadczeń ani korzystania z państwowych schronisk. Kończą więc gdzieś na ulicy. Sypiają w parkach i dworcach autobusowych, czekając na talerz zupy od Simon Community.
Istnieje również pewna grupa bezdomnych, którzy dostali się w ręce swoistych handlarzy siły roboczej, którzy sprzedali ich do obozów pracy. Po ucieczce nikt się nimi nie zainteresował, więc koczują na bruku.
Ocenia się, że z ogólnej liczby emigrantów z Czech, Estonii, Słowenii, Węgier, Łotwy, Litwy, Polski i Słowacji przebywających w Wielkiej Brytanii około 45 tysięcy żyje w nędzy, a 100 tysięcy znajduje się w trudnym położeniu materialnym. Przedstawiciele londyńskiej organizacji dobroczynnej Simon Community twierdzą, że aż 35 procent bezdomnych żywiących się wydawanymi przez tę instytucję darmowymi posiłkami pochodzi z Polski. Fundacja ostrzega także, że nadchodząca zima może przynieść śmierć wielu polskim imigrantom żyjącym na ulicy.
Powrót na cudzy koszt
Wszystko wskazuje na to, że problem zaczyna narastać. Niedawno władze gminy Westminster w centralnym Londynie zwróciły się formalnie do rządu o wyasygnowanie dwustu tysięcy funtów na odesłanie bezdomnych imigrantów z krajów Europy Środkowo-Wschodniej do krajów ich pochodzenia.
Wieści dochodzące do Polski o ciężkiej sytuacji Polaków, którzy wyjechali do krajów Unii Europejskiej za chlebem są coraz częstsze. To jednak nie zraża kandydatów na emigrantów. Z badań przeprowadzonych przez Pentor wynika, że co trzeci Polak powyżej piętnastego roku życia myślał poważnie o wyjeździe do pracy w Europie zachodniej. Kiedy wobec tego skończy się ta migracja? To pytanie do polityków. Miejmy nadzieję, że szybko znajdą na nie odpowiedź…
Wojciech Romerowicz tekst pochodzi z miesięcznika Racja Polska
1 komentarz
- alicja wtorek, 19. września 2006
komentuje ze wschodu,otóz u nas szanse na zatrudnienie maja ci ,których rodzice sa ustawienie,nie istnieja żadne konkursy jeżeli juz to konkurs kopert..wiec dlatego tak masowy wyjazd za praca,nie buduje sie zadnych fabryk,jezli juz to koscioły albo supermarkety.. Nie wszyscy moga chodzic na granice przemycac cygara i wódkę.. w jednym ze sklepów zauwazyłam ,ze wiele ekspedientek juz nie pracuje..powód wyjazd do Anglii,bo tu zarobia 600zl a tam duzo wiecej..rachunek prosty. Nikt nie chce byc niewolnikiem we własnym kraju,bo cóz mozna zrobic i jak zyc za 600 zlotych.. ak

