Wywiad z Mateuszem Machajem

Kategoria: Opinie

wtorek, 19. grudnia 2006

Mateusz Machaj jest fundatorem polskiego Instytutu Ludwiga von Misesa. Publikował m. in. w „Najwyższym Czasie” i „Opcji na Prawo”. Autor licznych artykułów promujących wolny rynek i szkołę austriacką w ekonomii. Jest uważany za wschodzącą gwiazdę polskiej myśli wolnościowej.

Krzysztof Brejnak: Niektórzy twierdzą, że w wieku 10 lat każdy jest socjalistą. Jak było w Pana przypadku?

Mateusz Machaj: Ayn Rand kiedyś powiedziała, że była obiektywistą w wieku trzech lat. Sam nie wiem, czy to zaleta jej filozofii, czy wprost przeciwnie [śmiech]. Często przypomina się ten przykład o dziesięciolatku, aby przyrównać myślenie socjalisty do myślenia małego dziecka. Każdy w tym wieku chce jak najlepiej i chce rozwiązać wszystkie problemy na świecie. Aby zapanował pokój, aby ludziom się żyło dostatnio, aby nikt nie brał narkotyków. I takie właśnie utopijne pomysły dziesięciolatków stają się często sednem doktryn socjalistycznych. Zdecydowanie wolę mówić, że w wieku 10 lat tak naprawdę nie ma się poglądów (podobnie jak większość socjalistów nie ma poglądów), a tylko jakieś pobożne życzenia.
Poglądy zaczynają się dopiero pojawiać, gdy pojawia się umiejętność zaawansowanego myślenia abstrakcjami i szukania związków przyczynowo-skutkowych. Gdzieś tak mniej więcej w połowie szkoły średniej zacząłem się interesować zagadnieniami społecznymi. Chodziłem do klasy biologiczno-chemicznej, moim celem była medycyna, myślałem, że będę lekarzem. A jednak zainteresowały mnie bardziej zagadnienia polityczne, zresztą głównie przez mojego starszego brata, który już się kształcił w tym kierunku.
Moje poglądy z tamtego czasu można by określić jako umiarkowanie prorynkowe. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie opowieść o ołówku Leonarda Reada. Wtedy też podjąłem decyzję o tym, że pójdę na studia ekonomiczne. „Wolny wybór” Friedmana i „Ekonomia w jednej lekcji” Hazlitta tylko utwierdziły mnie w tym, że ekonomia to pasjonująca i ciekawa nauka. Poza tym byłem bardzo zadowolony, że jest niejako ponad polityką. Wtedy też byłem zafascynowany Miltonem Friedmanem. Niektórzy dzisiaj się ze mnie śmieją, że powiedziałem swego czasu, iż jestem gotów obciąć sobie za jego poglądy rękę. Także gdyby ktoś mnie trzymał za słowo, to ciężko mi by się dzisiaj pisało artykuły. Choć nie byłem wobec niego bezkrytyczny, pamiętam, że byłem kompletnie zaskoczony jego analizą wielkiego kryzysu. Państwo powinno wydrukować pieniądze i kupić obligacje skarbowe? Moje liberalne ucho trochę zwiędło, słysząc te pomysły.

KB: Proszę opowiedzieć coś więcej o tym, jak rozpoczęła się Pana przygoda ze szkołą austriacką.

MM: Pierwszy raz zetknąłem się z austriackim teoretyzowaniem w momencie odczucia dyskomfortu związanego ze złą makroekonomią Friedmana. Wszystko oczywiście rozbiło się o wielki kryzys. Intuicyjnie wydawało mi się, że coś musi być nie tak z tym, co przedstawiał znany ekonomista z Chicago.
Dlatego dużo ciekawsza wydała mi się analiza wielkiego kryzysu przedstawiona przez Hayeka. Trafiłem do niej przez książkę profesor Godłów-Legiędź. Bardzo ciekawe wydało mi się podkreślenie, że tak zwane stabilne ceny wcale nie muszą oznaczać stabilizacji i że ekspansja kredytowa może wystąpić nawet, jeśli utrzymany zostanie stabilny koszyk cen. W dodatku Hayek miał włączoną rozbudowaną i imponującą teorię kapitału, połączoną z analizą giełdy i rynku kredytowo-kapitałowego. Z jego prac bije prawdziwa głębia, gdy porównamy je do prostej dochodowej analizy Friedmana, który koncentruje się w zasadzie tylko na dochodach, wydatkach, dochodach, wydatkach. Prace Hayeka jednak nie były całym paradygmatem, a raczej konkretnym modelem, który opisywał fluktuacje gospodarcze, ale nie był jakoś wbudowany w ogólną teorię ekonomii, czy jakieś podstawy, z którymi mógłbym się zapoznać (nawet sławetna teoria wiedzy Hayeka nie jest przecież powiązana wprost z jego teorią wahań).
Gdy zacząłem studia, cały czas widziałem duży dysonans między polityką gospodarczą a tym, co jest nauczane na ekonomii. Nie mogłem połączyć doktryn politycznych, które mnie przecież pierwotnie pchnęły na te studia, z teoriami prezentowanymi przez neoklasycyzm. Z jednej strony słyszałem opowieści o państwie i rynku, a na zajęciach na ekonomii to wszystko gdzieś tam było w kącie, w zasadzie bez znaczenia. Pewna zmiana nastąpiła, gdy przeczytałem „Co rząd zrobił z naszym pieniądzem” Rothbarda. Była to pierwsza solidna pozycja, którą czytałem i która łączyła oficjalny program studiów (w wąskim, ale jednak jakimś zakresie) z propozycjami polityki gospodarczej. Byłem tak mocno pod wrażeniem tej najbardziej spójnej pozycji Rothbarda, że namówiłem Jana Fijora na wydanie jej po polsku. Zresztą nie trzeba go było namawiać, wystarczyło mu to pokazać [śmiech]. Od razu mu się spodobało.
A później przyszedł czas na „Man, Economy, and State”. Fantastyczna książka, jedyna ze współczesnych, która jest świetnym sposobem na przełamanie bariery bycia ekonomistą. Dzięki niej otwarta jest droga do wyższych teorii, także tych, z którymi Rothbard się nie zgadza. Tak się bowiem składa, że nie ma lepszego sposobu na zrozumienie głównego nurtu niż rozpoczęcie od Austriaków. Aha, zanim przeczytałem MES, zetknąłem się jeszcze z „America’s Great Depression”, które w bardzo przystępny sposób wyjaśniało teorię Hayeka. W dodatku dostałem mnóstwo odpowiedzi na pytania, na które nie odpowiadał Friedman. A potem wiadomo, co nastąpiło – przeszedłem do studiowania pozycji Misesa (skoro to nauczyciel tego całego Rothbarda), a następnie do Boehm-Bawerka, chyba drugiego najwybitniejszego austriackiego teoretyka po Misesie.

KB: Jak wyglądały kulisy powstania polskiego Instytutu Misesa?

MM: Zacząłem zarażać ludzi wkoło zainteresowaniem do szkoły austriackiej. Zainfekowałem także wrocławskiego Kolibra. I pewnego dnia przyszedł do mnie były szef oddziału wrocławskiego i powiedział, że trzeba założyć Instytut. Miałem duże wątpliwości ze względu na skromne środki, zarówno finansowe jak i ludzkie zasoby. Ale jednak się zgodziłem, przekonał mnie tym, że wszystko można powoli rozwijać i nie trzeba od razu być ośrodkiem amerykańskim. Także głównym punktem zaczepienia była i jest do dzisiaj strona internetowa. Powoli jednak widzę coraz bardziej świetlaną przyszłość.

KB: Jak dziś określiłby Pan swoje poglądy polityczne? Czy da się je jednoznacznie sklasyfikować pod którymś z nurtów myśli wolnościowej, jak np. minarchizm, anarchokapitalizm?

MM: Myślę, że najprościej określić je po prostu jako antyetatystyczny leseferyzm, co wiąże się wprost z zagadnieniem sprawiedliwego posiadania zasobów. Sam minarchizm i anarchokapitalizm koncentrują się na filozoficznych aspektach wybranych struktur ochrony praw własności. Minarchizm mówi o jednej instytucji, państwie minimum, a anarchokapitalizm o konkurujących agencjach ochrony. Myślę, że zamiast patrzeć na aspekty strukturalne, dużo lepiej jest się zastanawiać nad źródłem własności i aspektem kontraktowym. Moje antyetatystyczne poglądy stanowią sprzeciw (anty-) wobec zalegalizowanego sposobu zawłaszczania cudzych zasobów i ciągłej, arbitralnej praktyki zmiany kontraktów za pomocą prawa stanowionego (-etatyzm). I to moim zdaniem jest politycznym kluczem do myśli wolnościowej: ciągłe podkreślanie, że nie ma żadnej umowy społecznej i że to, co robi się w tej chwili za pomocą prawa stanowionego to trzymanie się jednostronnej „umowy”, która tak naprawdę jest narzucaniem woli przez rządzących. W dodatku ciągle przez nich zmienianej, aby czerpać z tego profity.

KB: Czasem spotykam się z zarzutem, że libertarianie są w gruncie rzeczy emotywistami próbującymi zracjonalizować swoje przekonania opierając się o jakieś wydumane „prawo naturalne”. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? Czy zgadza się Pan z twierdzeniem Hoppego, że libertariańska etyka prywatnej własności jest a priori jedyną poprawną i sprawiedliwą etyką?

MM: Termin „prawo naturalne” jest często źle rozumiany. Zapewne dlatego, że kojarzy się z religią, albo z tezą, że wszystkie społeczeństwa z konieczności muszą mieć w swoich porządkach prawnych jakieś elementy „prawa naturalnego”. Jeszcze inni myślą, że prawo naturalne (kojarząc automatycznie termin z determinizmem) oznacza, że człowiek nie może czegoś wykonać. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi w prawie naturalnym. Prawo naturalne mówi po prostu o konsekwencjach różnych działań ludzi i o różnych konkurencyjnych porządkach prawnych. Przykładowo jest w stanie nam dostarczyć informacji o tym, że niszczenie praw własności nie rozwiąże problemów społecznych, a wprost przeciwnie stanie się drogą do produkcji kolejnych problemów i rozkładu ważnych relacji między ludźmi. Prawo naturalne nie mówi na przykład, że nie da się podważyć czyjegoś prawa własności – jasne, że można to zrobić i nikt w historii nie twierdził inaczej. Natomiast cała tradycja mówi o tym, że takie podważanie prawa własności będzie miało takie, a nie inne konsekwencje. W tym znaczeniu prawo naturalne jest bliźniaczo podobne do praw fizyki. Prawa fizyki nie odbierają ludziom możliwości podejmowania decyzji, żaden fizyk nie twierdził, że nie da się wyskoczyć z dziesięciopiętrowego budynku. Twierdził natomiast, że takie działanie przyniesienie bardzo poważne konsekwencje, przed którymi nie sposób uciec. I dokładnie w ten sam sposób wygląda (w moim przekonaniu nie zawsze się to filozofom udawało; świetnie poradził sobie z tym Hoppe) nauka o prawie naturalnym. Nie mówi nam o tym, że człowiek nie może łamać praw własności, ale mówi o tym, że atakowanie praw własności będzie prowadziło do określonych konsekwencji i że przykładowo nie da się zbudować społeczeństwa bez ładu własnościowego. Prawo stanowione, które stwierdzi, że wszyscy mają prawo do władania wszystkimi zasobami, nie rozwiąże potencjalnych konfliktów, a wprost przeciwnie doprowadzi do rozkładu społecznego. Czy można jednak takie prawo stanowione wprowadzić? Jasne, że można, a nauka o prawie naturalnym (czy tez może o „naturze” prawa) powie nam, jakie będą tego konsekwencje.
Co do samej wolnościowej etyki, to, co pokazuje nam nauka o prawie naturalnym, jest ona po prostu spójna z wizją aktów prawnych, które służą pokojowej współpracy międzyludzkiej i minimalizacji potencjalnych konfliktów. Inne propozycje takie jak faszyzm, czy socjalizm temu nie służą.

całość: www.mises.org.pl


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze