Ziemkiewicz: Wszystkie lęki Michalskiego
Kategoria: Opinie
środa, 14. maja 2008
Jeśli za sprawnością w polemikach nie stoi nic poza chęcią wygrania dysputy i przy okazji odegrania się za najprawdziwsze choćby krzywdy, to, niestety, Cezary Michalski jest na najlepszej drodze, by zasłużyć na miano Stefana Niesiołowskiego polskiej publicystyki.
Tomasz Burek wspominał kiedyś, jak krótko po odzyskaniu niepodległości Adam Michnik zapytał go, czego się teraz boi. Takie postawienie sprawy uznał Burek za dziwaczne i odpowiedział, że teraz, po upadku Peerelu, to on się nie boi, tylko cieszy. Oczywiście prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: „po upadku komunizmu bardzo boję się recydywy endeckiego ciemnogrodu i faszyzacji życia publicznego”. Bezwstydnie deklarując brak strachu, nie zdał Burek egzaminu i sam wykluczył się z debaty publicznej III RP, która bez strachu, a wręcz Strachu obyć się nie może.
Najpierw było to strach przed antykomunistycznymi ekstremistami i „czarnosecinnym potencjałem” polskiego społeczeństwa, które doprowadzić miały do wybuchu rewolucyjnej przemocy i utopić młodą polską demokrację we krwi. Potem przed „młodocianymi, głupawymi olszewikami” i „oszalałymi lustratorami”, którzy „chcą podpalić Polskę, bo po prostu są chorzy”. Potem przed „państwem wyznaniowym” i „katolickimi ajatollahami”, którzy chcą przywrócić cenzurę i zmienić kobiety w „maszyny do rodzenia”. Potem znowu przed „nastoletnimi inkwizytorami z IPN”. Potem przed Radiem Maryja i sprzymierzonym z nim populizmem… Trudno zresztą mówić, „najpierw – potem”, bo wszystkie te kawiarniane strachy od kilkunastu lat znakomicie ze sobą współistnieją i uzupełniają się, trzymając salon w nieustającym spazmie lęku.
Upiory zjadły rozum
Ten lęk okazał się mieć moc upadlania bohaterów i odbierania rozumu myślicielom. Przykładem najbardziej dobitnym, szczegółowo opisanym, jest oczywiście Michnik, którego strach przed produktami własnej imaginacji zmienił z zadziornego autora podziwianego listu do generała Kiszczaka w nadskakującego temuż Kiszczakowi politykiera. Ale w cieniu tego upadku odbywały się inne, dla pewnych środowisk nie mniej spektakularne. Redaktor „Życia”, w którym wielu młodych upatrywało alternatywę dla michnikowszczyzny, Tomasz Wołek tak zląkł się własnych wychowanków, że z płaczem uciekł pod skrzydła tych, których wcześniej atakował. Władysław Bartoszewski tak zląkł się „politycznych dewiantów”, że cokół Autorytetu zamienił na bieganinę politycznego harcownika, krzyczącego o potrzebie oddzielenia „bydła” od „niebydła”. W tej kategorii mieści się także przypadek, dla mnie osobiście szczególnie bolesny, Piotra Wierzbickiego. Ów przenikliwy krytyk kawiarnianych aberracji michnikowszczyzny i niezrównany demaskator miałkości salonowych „europejczyków” tknięty nagle lękiem przed obskurantyzmem różnych łowców Żydów i masonów nie wahał się całkowitą zmianą frontu doprowadzić swojej rodzonej gazety na skraj bankructwa.
Przypominam o tych sprawach, bo to niezbędny kontekst do opisania najnowszych przypadków niegdysiejszego guru „pampersów” Cezarego Michalskiego. Podobieństwa uderzają: autor „Ministerstwa Prawdy” jako kolejny „skruszony” prawicowiec wykonał woltę, przejmując język i sposób myślenia dotychczasowych przeciwników – z tą drobną różnicą, iż wobec upadku Michnika uciekł w ramiona Sierakowskiego.
I podobnie jak w przypominanych tu wypadkach w parze z tym poszły składane w różnych miejscach wyznania strachu. Tak jak niegdyś Michnik jakobinów i antysemitów, a Wierzbicki „narodowo-katolickiej żandarmerii”, tak teraz Michalski przestraszył się „neofundamentalistycznej prawicy” – „neokonów” i „newbornów”, którzy swoim moralnym rygoryzmem po prostu „nie dają ludziom żyć”.
Przerazili go Ryszard Petru, przedstawiciel „nowych dzikich liberałów”, powiadających wykluczonym: „zdychaj i nie korzystaj z moich pieniędzy, bo podatków więcej na ciebie nie będę płacił, budżetowy darmozjadzie”, i Marek Jurek, „chcący kompletnie zacisnąć i tak mocno zaciśnięte standardy kontrolowania życia seksualnego kobiet”. A pośród innych także, last but not least, „święci młodziankowie”, czyli „młodzi publicyści »Rzeczpospolitej«” z ich „jansenizmem” i antyaborcyjnym radykalizmem.Powyższe cytaty pochodzą z bardzo obszernego (bite 60 stron druku) wywiadu dla „Krytyki Politycznej”, gdzie Michalski z zapałem chłoszcze tych, za ideologa których uchodził jeszcze kilka lat temu. Tym, co zdumiewa, nie jest bynajmniej sam fakt zmiany poglądów; każdy ma do tego prawo. Zdumiewające jest to, że autor „Ćwiczeń z bezstronności” do objaśnienia swej przemiany używa tak żenująco prymitywnych klisz, przywodzących na myśl propagandowe wstępniaki z początku lat 90. i nasuwających podejrzenie, iż wyrzekł się nie tylko dawnych ideowych wyborów, ale przede wszystkim samodzielnego myślenia, zastępując je podchwytywaniem modnych sloganów.
Nowy Michalski stał się zdecydowanym bojownikiem przeciwko „globalnemu ociepleniu”, bezkrytycznie przyjmującym tezę, iż winę za to zjawisko ponosi kapitalizm, i niezauważającym nawet, iż Gore’owski ekologizm to tylko nowe uzasadnienie dla zeszłowiecznej marksistowskiej wiary w wyższość centralnego planowania nad gospodarką rynkową.
Nowy Michalski okazuje się jeśli nie entuzjastą, to w każdym razie życzliwym kibicem ideologii skupionych na „wyzwalaniu” kolejnych mniejszości, a zwłaszcza kobiet, które religijna prawica chce „zapędzić do rodzenia dzieci” (ten wątek powtarza się w jego nowych tekstach ze zdumiewającą częstotliwością), oraz wyrazicielem krzywd „wykluczonych”, którym „neoliberalizm namaszczony po katolicku” – czyli głoszący, że „największymi bandytami są związkowcy i inni socjaliści” – odbiera zasiłki. Stał się także, i na tym wątku się zatrzymajmy, bo rzuca on na przemianę Michalskiego nieco światła, bardzo emocjonalnym krytykiem czegoś, co nazywa swoim pokoleniem.
Polemika wszystkim
Krytykując deklarowane przez Wojciecha Cejrowskiego wyrzeczenie się polskiego obywatelstwa, pisze Michalski: „W tym geście (…) widzę jak pod mikroskopem skazy mojego pokolenia. Wszystko robiliśmy na przekór. Ponieważ w latach 80. w Polsce nie było żadnego społeczeństwa, tylko głupia przemoc i bezsilny opór, wobec tego totalnie zdziczeliśmy. Ponieważ zadano nam ból, przywiązaliśmy się do własnego cierpienia i przestaliśmy rozumieć jakiekolwiek inne. Znam wielu Cejrowskich… jedni wyemigrowali do Kanady, gdzie na złość »komuchom-ekologom« kupują karabiny i co roku jeżdżą polować na foki. [Inni] wyjechali do Stanów, gdzie na złość »komuchom-demokratom« wygadują na Murzynów, Żydów i feministki, gotowi popierać najbardziej ponurych demagogów”.
Nie sądzę, żeby istotnie demaskował tu Michalski prawdziwe problemy „pokolenia”; czytam zdania o braniu pomsty za doznane urazy raczej jako osobiste wyznanie. Skłania mnie do tego wspomniany już wywiad dla „Krytyki Politycznej”. Konflikt z Adamem Michnikiem (przyznając zresztą: „U Michnika zawsze bardziej oburzała mnie forma niż substancja jego poglądów”) wyjaśnia Michalski przebiegiem pierwszego spotkania, podczas którego przyłapał bohatera opozycji, jak dla zmanipulowania młodych rozmówców świadomie posługuje się nieprawdą.
Zaangażowanie przeciwko lewicowo-liberalnemu salonowi, stwierdza, nastąpiło u niego wskutek „przebywania w świecie warszawskiej inteligencji, która w wojnie na górze wybrała jedną stronę, a ja nie rozumiałem, dlaczego z taką obcesowością, i dlaczego zapomina o swoim flircie z religijnością solidarnościową, którego ja nie miałem – byłem antyklerykałem w latach 80., kiedy Tomek Jastrun jęczał, płakał i dostawał orgazmu pod krzyżem. A potem nagle Tomek Jastrun chodzi po Warszawie i mówi: »państwo wyznaniowe, państwo wyznaniowe«. A ja nadal nie jestem klerykałem, ale tego państwa wyznaniowego nie widzę… ”.
Inne wątki tych autobiograficznych wyznań, które dla zwięzłości pomijam, ugruntowują tylko obraz Cezarego Michalskiego jako człowieka, dla którego polemika jest wszystkim, pozycja zaś, którą w niej zajmuje, kwestią przypadku. Gdyby Michnik nie próbował nim i jego kolegami tak prostacko manipulować, gdyby po powrocie z emigracji zirytowała go nie zakochana w sobie „warszawka”, ale światek narodowo-radykalnych obskurantów układających pracowicie „listy Żydów”, gdyby trafił nie w taki krąg autorów, a w inny, z równą pasją szedłby może w zawody z Andrzejem Szczypiorskim w pisaniu pamfletów na „polski ciemnogród”.
Autor „Gorszych światów” sam otwarcie mówi o swoim „braku azymutu moralnego”; pastwić się nad kimś, kto się tak ekshibicjonistycznie odsłania, wydaje się i nieelegancko, i zbyt łatwo. I gdyby Michalski pozostawał tylko pisarzem, machnąłbym na jego wyznania ręką, czekając na kolejny tom prozy. Od pisarzy nie wymagam rozumu, tylko dobrej frazy, wyrazistych bohaterów i zajmujących historii.
Ale przecież autor, który szczegółowo prezentuje nam rany, z których cały jest zbudowany, mimo tej podsumowującej pół życia spowiedzi nie rezygnuje bynajmniej z pozycji komentatora politycznego dziennika mającego poważne polityczne ambicje, wreszcie szefa mającego jeszcze poważniejsze, już metapolityczne, ambicje dodatku do owego dziennika.
Po szesnastej jest wypalonym intelektualistą, noszącym w kieszeni „mały posążek bożka ironii wyrzeźbiony w soli” – ale w godzinach pracy przemeblowuje zapamiętale polską tożsamość.
całość: www.rp.pl
Komentarzy: 4
- Bruno środa, 14. maja 2008
Coraz częściej słychać, że to nowy Michnik. Ten paszkwi lant i największy szkodnik wszechczasów został rozpozna ny, i pojawił się łagodniejszy. Właśnie wpadł na genialny pomysł i twierdzi, że kopalnie są nie rentowne i trzeba je zasypać. Na spotkaniu we Wrocławiu z licznie zebranymi na dużej sali w galerii dominikańskiej zapytany czy wie, iż tona węgla przed bramą kopalni kosztuje niecałe 100 zł. a 5 metrów dalej, bo za bramą kosztuje ponad 400 zł? Wtedy zabrał d... w troki i uciekł. Ci którzy tam byli to potwierdzą. Tamten zlikwidował największy polski eksport koni w europie i wiele innych polskich przedsiębiorstw, a ten zabrał się za polskie kopalnie w czasie, gdy narastał kryzys energetyczny na świecie. Ale ładnie gada, szczególnie o Polakach w swojej plugawej książce "Polactwo"
- Miro środa, 14. maja 2008
do Polactwa. Gdyby tak nie gadał, nie byłby tak wysoko; w radiu, gazetach i telewizorni. Tamci z innymi nie rozmawiają. W dalszym ciągu ....komuna.
- Bartłomiej środa, 14. maja 2008
Był tego artysty taki okres w P. Radiu pr. 1szy, kiedy to prowadził jakiś program cykliczny na różne tematy i zawsze znajdował okazję, by ugryść księdza Rydzyka. Ni przypioł, ni przyłatał, ale wszystkich wprawiał w zdumienie.
- Carlit środa, 14. maja 2008
Michalski to nieciekawy typ Zgadzam się. To taki nowoczesny antyklerykał.

