Lustrator Grzegorz Braun: “Jestem posłańcem złej nowiny”

Kategoria: Wiadomości

czwartek, 10. maja 2007

To on ogłosił, że prof. Jan Miodek był agentem SB. To od niego dowiedziałem się o agenturalnym epizodzie w biografii Henryka Tomaszewskiego. Wcześniej pod tym kątem analizował przeszłość Lecha Wałęsy. Oto autoryzowana rozmowa z Grzegorzem Braunem, wrocławskim dokumentalistą, żarliwym zwolennikiem lustracji. Mówi głównie o Wrocławiu, ale oddaje klimat, jaki panuje wokół lustracji w całej Polsce.

Rozpętał Pan burzę ujawniając na żywo w Polskim Radiu Wrocław agenturalny epizod w biografii prof. Jana Miodka. Wcześniej rozprawił się Pan z hr. Wojciechem Dzieduszyckim. Co Pan teraz czuje?

- Powszechnie wiadomo już, że jestem kompletnie nieczuły. W związku z tym nie mogę udzielić barwnej odpowiedzi na to pytanie. Jeśli w jakiś sposób przyczyniam się do ujawnienia faktów istotnych dla opinii publicznej, to w żaden sposób nie można tego nazwać „rozprawą” z kimkolwiek. W ekspresowym tempie „rozprawiono się” natomiast ze mną: w ciągu kilku dni po audycji, w której zgodnie z prawdą nazwałem prof. Miodka informatorem policji politycznej PRL, przestałem być współpracownikiem Polskiego Radia Wrocław. Straciłem też zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim.

Jak to się stało?

- Prowadziłem skromne zajęcia w studium podyplomowym na dziennikarstwie na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez osoby trzecie przekazano mi informację, że już tam nie pracuję. Podobno p. dziekan zalecił niepłacenie mi za już odbyte zajęcia – ale to chyba zbyt głupie, zbyt łatwe do wygrania w sądzie, by było prawdziwe.

A, jeszcze moi koledzy, którzy jakiś czas temu zaprosili mnie do rady pewnej fundacji kulturalnej, zaraz po audycji w PRW z dość smutnymi minami poinformowali mnie, że to już nieaktualne. Rutynowe działania podjęła oczywiście „Gazeta Wyborcza”, która publikuje kłamstwa, ale nie publikuje sprostowań.

Poza tym jakieś anonimowe telefony z obelgami do moich najbliższych. W sumie - standard.

Czuje się Pan rozgoryczony, że wrocławskie elity odrzucają Pana?

- Najwyraźniej każdy ma takie „elity”, na jakie zasłużył. Nie, nie czuję się rozgoryczony.

Stał się Pan istnym enfant terrible Wrocławia.

- Może i „terrible”, ale raczej nie „enfant” - mam 40 lat. A co do wrocławskich „elit”, to myślę, że dziś lepiej rozumiemy, jak świat wygląda, jak działa i na czym polega.

No i na czym polega ten świat?

- Przykładowo: kiedy z końcem lata 2006 zapoznałem się ze aktami TW „Jeden” alias „Turgieniew”, uznałem za stosowne rozmawiać o tym „na mieście” tylko z dwiema osobami. Pierwszą był sam główny zainteresowany, Wojciech Dzieduszycki – tu na prośbę rodziny odstąpiłem od realizacji wywiadu filmowego. Drugą – Mieczysław Orski, redaktor naczelny „Odry”, pisma, które było jednym z obiektów działalności TW „Turgieniewa” i które byłoby zatem, jak to w mojej naiwności przedkładałem panu Orskiemu, najbardziej stosownym miejscem pierwszej publikacji na ten temat. Nie wiedziałem wówczas, że Orski sam ma w życiorysie epizod tajnej współpracy z SB (pod kryptonimem „101”) i stąd jego żywiołowa niechęć do konfrontacji z przeszłością. [Mieczysław Orski odniósł się do tych oskarżeń w “Gazecie Wyborczej Wrocław” - Ł.M.].

Gdy wkrótce potem Wojciech Dzieduszycki wystosował do władz miasta list z informacją o fakcie współpracy z UB/SB, redakcja miesięcznika „Odra” uznała za stosowne opublikować jedynie tekst, w którym to ja okazałem się czarnym charakterem – dręczycielem steranych wiekiem godnych obywateli. Obok można było przeczytać, że do Wrocławia „dotarła fala lustracji”. Otóż niniejszym ogłaszam, że nie ma żadnej „fali lustracji”. Jest stojąca woda, która porosła rzęsą i ma nieświeży zapach. Taka właśnie jest sytuacja we Wrocławiu – że nie użyję bardziej drastycznych porównań z innymi elementami instalacji kanalizacyjnych.

Rozumiem, że jest Pan osobą, która oczyszcza tę stojącą wodę.

- Proszę nie przeceniać mojej roli w tej historii. Ja jestem po prostu posłańcem złej nowiny. Raz na jakiś czas dowiaduję się o czymś, co wydaje mi się istotne dla życia publicznego i nie czynię z tych informacji tematu plotek kawiarnianych, tylko…

… ogłasza je Pan.

- Albo zadaję odpowiednie pytanie samemu zainteresowanemu, co skłania kogoś takiego, by samodzielnie podać smutne fakty do wiadomości publicznej. Albo też – jak w przypadku prof. Miodka – korzystam z możliwości zakomunikowania opinii publicznej Wrocławia i okolic, że jest dezinformowana.

Jerzy Sawka, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej Wrocław”, napisał o Panu drwiąco: „Braun udowadnia, że jak się bardzo chce, to można. To on więc w pojedynkę powinien tworzyć wrocławski oddział IPN. Braun, Grzegorz Braun, wystarczy za wszystkich śledczych opłacanych z naszych podatków. On zlustruje Wrocław jak się patrzy i przy okazji zrealizuje ideę taniego państwa”.

- Pan Sawka – co jest typowe dla „Gazety Wyborczej” – nie docenia ciężkiej, systematycznej i solidnej pracy, jaką wykonują badacze i archiwariusze IPN. No, ale jest redaktorem gazety, która zdążyła skrytykować przygotowaną przez IPN wystawę „Twarze wrocławskiej bezpieki” jeszcze przed jej wernisażem. Gdy historycy IPN badają historię najnowszą, to jednym ze standardowych chwytów przeciwko nim jest grymaszenie, że czepiają się Bogu ducha winnych agentów, a nie interesują się funkcjonariuszami resortu. Otóż właśnie wrocławski oddział IPN – jako pierwszy w Polsce – przygotował wystawę oraz publikację o czołowych funkcjonariuszach bezpieki. Ale „Gazeta Wyborcza” oceniła tę wystawę przed otwarciem jako bardzo zły projekt.

Wróćmy do prof. Miodka. Podał Pan publicznie informację, że był on tajnym współpracownikiem SB…

- Przypominam, że wcześniej Jan Miodek wystąpił w charakterze pierwszego skrzypka, który dał znak do rozpoczęcia kolejnej fazy kampanii antylustracyjnej. Dlatego uznałem, że działam w stanie wyższej konieczności. Teraz warto słuchać Jana Miodka. Warto analizować, co mówi. Warto przyglądać się, w jak subtelny sposób ewoluowała jego własna wersja opowieści o kontaktach z SB. Uważam, że wiedza o bodaj tylko tych faktach, które prof. Miodek sam ogłosił pod wpływem mojego wystąpienia, należała się już wcześniej jego kolegom i podwładnym, zanim zaczął ich namawiać, by nie składali oświadczeń lustracyjnych.

Ale nie przedstawił Pan dowodów potwierdzających tezę, że prof. Miodek był agentem SB.

- Proszę zauważyć, że prawdziwość podanej przeze mnie informacji natychmiast potwierdził w swych enuncjacjach sam zainteresowany. Gdy dowiedziałem się, że był wśród informatorów politycznej policji PRL, mogłem zachować tę informację dla siebie. Wtedy jednak stałbym się uczestnikiem pewnej zmowy.

całość: pardon.pl


1 komentarz

  1. Kuba czwartek, 10. maja 2007

    tylko ze prawdopodobnie co do prof, Miodka "posłaniec złej nowiny" się pomylił... (odsyłam do informacji podanych w programie "Warto rozmawiać", że komisja historyków powołana przez uniwersytet wrocławski zaprzeczyła inf. podanym przez pana Grzegorza Brauna...) ...może wiec następnym razem powinien sie pan Grzegorz zastanowić zanim podzieli sie jakąś fascynującą informacją z opinią publiczną...

Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze