MEN – do likwidacji

Kategoria: Wiadomości

wtorek, 13. maja 2008

Zmorą polskiego życia politycznego i społecznego jest nadmiernie rozbudowana biurokracja. Posady, stołki, krzesełka, na których siedząc niewiele się robi, nęcą, a po każdych wyborach ulegają zawirowaniom, bo „opcja się zmieniła”. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, Ministerstwa Edukacji Narodowej, które należy do jednego z najważniejszych resortów obejmowanych przez zwycięską partię po wyborach.


W Polsce mamy długie tradycje ministerstwa edukacji – to przecież osławiona Komisja Edukacji Narodowej z 1773 r. przyczyniła się do uratowania spuścizny oświatowej po skasowanym zakonie jezuitów. Programy i podręczniki stworzone w ramach tego dzieła później przez wiele lat (również pod zaborami) służyły Polakom w poznawaniu dziejów ojczystych i trwaniu przy zagrożonej egzystencji narodowej. Rzeczywistość polityczna czy społeczna nie znosi jednak hołdowania sentymentom. Romantyczne uniesienia przesłaniają bowiem logiczny ogląd otoczenia i stępiają umiejętność jego realistycznego postrzegania.

Państwo obywatelskie, jak zauważa Feliks Koneczny, powinno posiadać najwyżej cztery ministerstwa: skarbu, obrony narodowej, spraw wewnętrznych i zagranicznych. Edukacja narodowa nie może być w żadnym razie domeną sprawujących w danej chwili władzę. Dlaczego?

Za likwidacją odnośnego ministerstwa przemawia m.in. kwestia zmniejszenia biurokracji, a co za tym idzie zmniejszenia obciążenia finansowego budżetu państwa. Niemało kontrowersji wzbudza tzw. nadzór kuratoriów nad szkołami, wyrażający się w urządzanych co kilka lat w danej szkole wizytacjach, w trakcie których osoba, najczęściej nie mająca już do czynienia z pracą w szkole, a zawodowo zajmująca się przerzucaniem ton papieru, ocenia sposób prowadzenia zajęć przez nauczycieli. Przegląda całą dokumentację szkolną, poddając ją „biurokratycznej analizie”. Swoistym znakiem czasów jest tworzona współcześnie rzeczywistość „wirtualna” – setki przepisów, norm i paragrafów, których celem istnienia jest ostatecznie samo istnienie. W ten sposób publiczne pieniądze przeznaczane są na wykonywanie nikomu niepotrzebnej pracy. O poziomie nauczania danej szkoły nie świadczą bowiem poprawnie, bądź nie, wypełnione stosy zbędnych dokumentów. Dobra szkoła to taka, w której zarówno nauczyciel, jak i uczeń znają i wypełniają obowiązki swego stanu; taka, w której nauczyciel zdając sobie sprawę z konieczności kształtowania własnego charakteru, poprzez codzienną pracę nad sobą, służy za przykład i wpływa na postawy swych uczniów; taka, w której panuje odpowiednia dyscyplina, umożliwiająca prowadzenie zajęć; taka, której celem jest nauczanie i wychowywanie młodzieży, a nie dialogowanie z nią. Cóż to ma wspólnego z poprawnie wypełnionym świstkiem papieru, który po kontroli zalegał będzie na półkach w kuratorium?

Niczym bumerang powraca co pewien czas problem sposobu finansowania szkoły przez wprowadzenie tzw. bonu oświatowego. Umożliwiłby on rodzicom wybór szkoły, jaką uznają za najlepszą, zaś pieniążki „poszłyby” za dzieckiem. To z kolei w naturalny sposób wymagałoby od placówek dobrego poziomu nauczania, wspomagając ich rozwój i eliminując te, które nie spełniałyby oczekiwań rodziców. Likwidacja biurokracji oświatowej przyczyniłaby się do wzrostu nakładu finansowego na dziecko, a co za tym idzie większą kwotą, jaka mogłyby dysponować poszczególne szkoły. Rozwijające się placówki wychowawcze potrzebowałyby także nowych nauczycieli i wychowawców.

Z postulatem bonu (czy obojętnie jak nazwalibyśmy pomysł, aby pieniądze rodzica szły za uczniem) i likwidacji MEN wiążą się dwie inne kwestie: prywatyzowania szkół oraz zniesienia przymusu nauczania. Pierwsze zagadnienie nie powinno raczej budzić wątpliwości – funkcjonowanie szkół tzw. publicznych uzależnione jest od aktualnie rządzącej partii, narzucającej swój ideologiczny program, zwłaszcza jeśli chodzi o nauczanie przedmiotów humanistycznych. Rozwiązaniem tego problemu mogłoby być prawne umożliwienie przejęcia szkół bądź przez parafie lub stowarzyszenia związane z daną parafią (to np. na wsi), bądź przede wszystkim przez zakony katolickie (częściej w miastach). Należy mieć świadomość, że w większych ośrodkach inne wyznania bądź ludzie przeciwni nauce Kościoła również chcieliby posiadać szkoły. W takim wypadku za pomocą uregulowań prawnych, na zasadzie odgórnego zarządzenia, placówki szkolne winny być jasno określone w swych zasadach edukacyjnych i każdy winien wiedzieć, do jakich wartości się one odwołują.

Problem drugi może wzbudzać kontrowersje, należy się jednak poważnie zastanowić nad możliwością zniesienia obowiązku szkolnego. Niejednokrotnie zmusza on bowiem nauczycieli do borykania się z uczniem, który nie przejawia, mimo różnych prób nakłaniających go do tego, jakiejkolwiek chęci nauki. Taka sytuacja nie tylko uniemożliwia nauczycielowi prowadzenie zajęć, ale wpływa negatywnie na pozostałych uczniów. Problem dotyczy także zostawiania wychowanków w danej klasie i szkole na kolejny rok – w takim przypadku placówka powinna dysponować możliwością relegowania ucznia. Ostatecznie sprawy te powinny leżeć w kompetencji samorządów oraz stowarzyszeń społecznych, służących pomocą uczniowi, sprawiającemu problemy wychowawcze. Ponadto, rodzice powinni mieć możliwość kształcenia dzieci w domu, bez konieczności posyłania do szkoły. Jednak warunkiem koniecznym byłoby, aby pociecha – podobnie jak rówieśnicy – zdawała wszelkie egzaminy stwierdzające jej postępy w nauce.

Efektem zniesienia ministerstwa powinno być również anulowanie instytucji, która zatwierdza podręczniki do nauczania. Decydować o tym powinni kompetentni profesorowie wyższych uczelni (na zasadzie pozytywnej recenzji) na własną i wydawcy podręcznika odpowiedzialność sądową (w razie gdyby komuś przyszło do głowy wydawać książkę na niskim poziomie). Treści podręczników do przedmiotów humanistycznych pozostawiają dziś bowiem wiele do życzenia, zaś wydanie pomocy książkowej z historii, a zwłaszcza z języka polskiego, nie hołdującej współczesnej poprawności politycznej, jest po prostu niemożliwe. Nauczyciele z kolei powinni decydować o tym, który z podręczników dostępnych na rynku jest najwłaściwszy do nauczania, omówiwszy bowiem tę kwestię na zespole przedmiotowym, wiedzą najlepiej, jakie zagadnienia są w nim zaprezentowane.

Jednym z ważniejszych i wzbudzających ogromne emocje problemów polskiej oświaty jest tzw. awans nauczycielski. Być może powinna istnieć jakaś forma awansu z jego poszczególnymi szczeblami, jednak praktykowana do tej pory, wyrażająca się w zbieraniu papierów, które mają dokumentować pracę nauczyciela, nie należy chyba do najszczęśliwszych.

Państwo nie powinno również z góry ustalać wieku, w jakim dzieci należy posłać do przedszkola czy szkoły. Pojawiają się obecnie, będące zupełnym nieporozumieniem, pomysły obligatoryjnego posyłania 5-latków do szkoły. Tymczasem, to rodzic powinien decydować, kiedy chce posłać swe dziecko do szkół.

Ogromne znaczenie ma również kwestia autorytetu nauczyciela, który jest nieustannie i bezwzględnie podważany na każdym polu społecznego czy politycznego życia narodu. Skutkuje to coraz trudniejszymi problemami wychowawczymi, z jakimi przychodzi się borykać w szkołach. Każdorazowe podważania autorytetu nauczyciela w filmach, reklamach czy programach telewizyjnych powinno mieć natychmiastowe konsekwencje: być ścigane sądownie i obłożone odpowiednio wysokimi grzywnami, które byłby wpłacane na fundusze oświatowe bądź stypendialne.

Kolejnym zagadnieniem, które funkcjonuje jako skutek nieszczęsnej reformy szkolnictwa z 1999 r. jest wprowadzenie 3-letniego liceum ogólnokształcącego. W obecnej sytuacji uczniowie mają de facto tylko dwa i pół roku na opanowanie materiału maturalnego. Należałoby przemyśleć (przy zachowaniu trzyletniego gimnazjum) przywrócenie czteroletniego liceum; przemawia za tym również fakt, że dojrzewanie psychiczne młodzieży uległo opóźnieniu (wiele osób to jedynacy). Żeby jednak nie zamykać nikomu możliwości wcześniejszego ukończenia szkoły – maturę mogliby zdawać uczniowie już po ukończeniu 18 lat. Z tym również musiałaby się wiązać jakaś odpowiedzialność.

Poruszając kwestie związane ze szkolnictwem i likwidacją instytucji państwowej, która póki co się tym zajmuje, warto przyjrzeć się innemu tworowi państwowemu, który za cel obrał sobie wyższe uczelnie. Chodzi mianowicie o Państwową Komisję Akredytacyjną, czyli tzw. pakę. Powstała ona jako biurokratyczna odpowiedź na powołaną swego czasu przez uczelnie Akademicką Komisję Akredytacyjną, której zadaniem było dbać o poziom nauczania uniwersyteckiego w zalewie powstających szkół i szkółek wyższych.

Warto podejmować niezwykle ważne rozważania na temat przyszłości polskiej edukacji, jej kształtu i sposobu funkcjonowania, opracowywać realny program nauczania, który obejmował będzie całokształt zagadnień wychowawczych i oświatowych. Warto również wspólnie dyskutować i podejmować te problemy na forum publicznym, by minimalizować jakiekolwiek błędy i niedociągnięcia.

Powyższe uwagi w dużym stopniu były inspirowane pisarstwem F. Konecznego. Choć wiele z jego pomysłów należałoby konfrontować z obecną rzeczywistością, to jednak zasadnicza myśl, czyli ograniczenie roli i znaczenia państwa na rzecz zorganizowanego społeczeństwa – co warto podkreślić: katolickiego – jest jak najbardziej godną kontynuacji.

Autor: Arkadiusz Maślach

Tekst pochodzi ze strony: infopatria.pl


Dodaj swój komentarz:


Ankieta

    • Najlepszy parlamentarzysta:

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...

  • Odsyłacze