Rozmowa z Mariuszem Ziomeckim, nowym redaktorem naczelnym ‘Przekroju’
Kategoria: Wiadomości
poniedziałek, 24. lipca 2006
Jeżeli „Przekrój” miewa jakąś wadę, to za dużo bywa w nim przygnębiających tematów, podobnie jak u konkurencji. Co strona, to ktoś coś schrzanił, tu coś ukradli, ten gada głupoty, ten jest podły, tu nie triumfuje sprawiedliwość. Jak się skończy lekturę, to można tylko pójść do apteczki, łyknąć wszystkie pigułki i jeszcze na wszelki wypadek skoczyć do Wisły.
Robert Patoleta: Jakie najważniejsze zadanie postawił przed Panem wydawca „Przekroju”?
Mariusz Ziomecki: Najważniejsze, żeby pociągnąć dalej proces, który obiecująco rozwinął się przez pierwsze trzy lata. „Przekrój” jest jednym z nielicznych przykładów na rynku wydawniczym udanego re-launchu starego tytułu. Miał wizerunek, dumną historię i mizerną rzeczywistość. Grupa oddanych wiernych czytelników lokowała pismo w niszach wydawniczych. Natomiast wydawca w sposób bardzo efektowny i skuteczny wprowadził tytuł w pobliże pierwszoligowych, największych tygodników opinii w Polsce. Moim zadaniem jest starać się najbardziej jak mi się uda przybliżyć go do tej grupy. Gdyby nic nie robić, naturalne przypływy i odpływy rynku stopniowo spowodowałyby, że przybliżyłby się z powrotem do tygodników niszowych.
- Jak duży będzie zakres zmian?
Zadania, jakie do tej pory dostawałem wymagały ode mnie kreatywności. Były to projekty nowe, albo tytuły w kiepskim stanie, jak coś potrącone przez samochód. Dawały mało oznak życia i były śmiertelnie nudne. Musiałem nakładać moją kreatywną czapeczkę i coś wymyślać. „Przekrój” nie wymaga ode mnie kreatywności, bardziej porządkowania i wprowadzenia trochę większej dyscypliny warsztatowej. Zmiany chcemy starannie przygotować. Nic się takiego nie dzieje, żebyśmy musieli się spieszyć.
- Czy jednak wzrost sprzedaży pisma za czasów Piotra Najsztuba nie był bardziej wynikiem częstych kampanii reklamowych, niż samych zmian w tytule?
Bez kampanii reklamowych efekt wprowadzonych zmian byłby dużo słabszy. Z drugiej strony, sama kampania powoduje krótkotrwały wzrost sprzedaży i szybki spadek na poprzedni poziom. Coś musi być w tym tygodniku, że ludzie po zakończeniu kampanii dalej go kupują i to w takiej ilości. „Przekrój” miał twarz Piotra Najsztuba. Czerpał z jego wizerunku publicznego. Piotr jest osobą bardzo inteligentną i konformistyczną, fenomenalnym dziennikarzem od zadawania pytań i uzyskiwania odpowiedzi, i bardzo dowcipnym człowiekiem. To jest część aktywów „Przekroju”. Nasze komunikaty mówiące o tym, że Piotr pozostaje w piśmie, nie są żadnym pr-owskim mydleniem oczu. Jeżeli w przyszłości jakiś jego wywiad w rubryce „Najsztub pyta” nie pojawi się, to tylko z tego powodu, że nie będzie godnego uwagi rozmówcy.
- W zeszłym roku sprzedaż „Przekroju” przekroczyła 90 tysięcy egzemplarzy.
Przekroczyła i ponad 100 tysięcy. Jednak wszystkie porównania z kwietniem zeszłego roku są mylące, bo wówczas zmarł papież. I właśnie dlatego nie ma tytułu w Polsce, może poza „Pulsem Biznesu”, który w kwietniu tego roku miał większą sprzedaż niż w tym samym okresie w zeszłym roku. „Przekrój” jedzie równo ze swoim rynkiem. A rynek tygodników zdaje się mocno reagować na to, co się dzieje na rynku dzienników.
całość… Wirtualnemedia.pl
